naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. CYKLE Z BICYKLEM
  5. KONTAKT
  6. DOBRE STRONY ROWERU

31 SIERPNIA 2016

POWIŚLE

OSTATNI POCIĄG DO PRAKWIC

W niejednej już relacji wspominałem o Myślicach i Prakwicach. Najczęściej w kontekście kolei oraz Kajzera Wilusia i jego wizyt w Prusach Wschodnich. Wreszcie jadę obejrzeć te miejsca osobiście. Towarzystwo mi się wykruszyło. Może to i lepiej, wycieczka z założenia eksploracyjna, a sam na więcej mogę sobie pozwolić [pójdę tam, gdzie nikogo nie ośmieliłbym się za sobą ciągnąć].

 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: Paweł;
  • Dystans: 86 km;
  • Trasa: Małdyty - Sambród - Marzewo - Rybaki - Gumniska Wielkie - Gumniska Małe - Budwity - Budyty - Kadzie - Połowite - Koszajny - Kornele - Myślice - Lubochowo - Pudłowiec - Lipiec - Królikowo - Prakwice - Kielmy - Stare Miasto - Monasterzysko Małe - Monasterzysko Wielkie - Matule - Cieszymowo - Linki - Balewo - Dworek - Mikołajki Pomorskie;
  • Mapa:

Do Małdyt jadę pociągiem 0605 z Gdańska. Towarzyszy mi ostre koło i jego właściciel. Widok roweru tego typu wprawia „klasycznego” rowerowego turystę [czyt. mnie] w zakłopotanie. Brak przerzutek, brak hamulców, dwie zębatki [jedna z tyłu, druga z przodu] połączone łańcuchem na sztywno. Do pełnego minimalizmu należałoby jeszcze zdjąć tylny błotnik i lampkę.

Chętnie spróbowałbym jazdy na czymś takim. Jednak na krótkim dystansie, powoli i po zwiększeniu kwoty ubezpieczenia na życie :-). Chętnie bym też zobaczył, jak właściciel na nim jedzie, lecz chęć dojechania do Małdyt jest na tyle silna, że nie decyduję się na wysiadkę w Tczewie. Przesiadam się w Elblągu i dalej jadę sam, wykorzystując ten czas na przegląd przygotowanych już jakiś czas temu materiałów.

Wysiadam w Małdytach. Słońce już wysoko. Pogoda świetna. Zaczynam jednak w bluzie, bo chłodno. Czuć, że lato ma się ku końcowi. Przypomina mi się wędrówka z Piotrem ze stycznia 2014 roku. Było chłodniej, ale nie mroźno. Wtedy startowaliśmy wzdłuż toru linii 222 na Myślice, pokonując po drodze most nad przesmykiem jeziora Sambród. Rzucam krótkie spojrzenie w kierunku, w którym szesnaście lat temu odjechał ostatni pociąg do Prakwic [a w zasadzie aż do Elbląga]. Dziś nie ruszam od razu na „tor”, choć spotkam się z nim kilka razy. Zaczynam od odwiedzenia pewnego nietypowego kościoła. Ruszam w kierunku odległej o cztery kilometry wsi Sambród.

Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, posiadający ciekawą barokową bryłę przykrytą mansardowym dachem, powstał w latach 1739-1741 ze skrzydła pałacu, a ufundował go Friedrich Ludwig zu Dohna [tu polecam relację z moich dwóch wizyt u Dohnów na Powiślu - pierwsza, druga]. Główna część pałacu została rozebrana i nie ma po niej śladu, a drugie zachowane skrzydło, dobrze ukryte wœród drzew pełni dziś funkcję mieszkalną.


Z pałacem sąsiadują okazałe budynki gospodarcze.

Znalazłem starą pocztówkę z Sambrodu. Źródło: Archiwum Zdjęć - Prusy Wschodnie

Za Sambrodem przecinam S7 i przez Marzewo [interesujące ceglane budynki gospodarcze] i Rybaki [zabytkowy most nad Kanałem Elbląskim] jadę do Gumnisk Wielkich. Przejeżdżam przez tę małą wieś i docieram do wiaduktu nad nieczynną linią kolejową nr 222 relacji Małdyty - Myślice. Stąd widok na trasę S7, która stanęła nam na drodze podczas wycieczki w styczniu'14.

Rzut oka na dół przekonuje mnie, że warto zejść stromym zboczem i kontynuować jazdę „po torze”.

Tu zaczyna się pierwszy dziś odcinek specjalny. Ścieżką wydeptaną na starotorzu docieram do Gumnisk Małych [po lewej stronie toru] i Budwit [po prawej], gdzie po dwóch i pół roku odwiedzam dawny pawilon wizytowy Wilhelma II.

Od czasu, gdy byłem tu poprzednio wymieniono dach i zdobiące go deski szczytowe, wyremontowano wieżyczkę [poza hełmem], wyburzono szpecący go komin, a także ogrodzono teren płotem. Wrócę za kolejne dwa i pół roku. Dziś jednak zamierzam odnaleźć miejsce, w którym pawilon ów stał pierwotnie. Przypominam, że pawilon został między 1918, a 1920 rokiem przeniesiony tu z Prakwic. Jeszcze o tym dziś wspomnę.

Dalej jadę przez Budwity [w kępie drzew mało dziś ciekawy pałac], Budyty [rzucam okiem na drogę do Wsi, Której Nie Ma]...

...Kadzie...

„Jeszcze tylko te dwa drzewka i mam fajrant”.

...do wsi Połowite, gdzie ponownie przecinam „moją” linię kolejową. Zachowany budynek dworca pełni funkcję mieszkalną.

Podjeżdżam wzdłuż linii kolejowej do widzianego już z drogi Kadzie - Połowite wiaduktu, po czym oddalam się od toru.

Pętlą przez Koszajny i Kornele wracam na tor. Przy wiadukcie w Kornelach decyduję o ponownym przejeździe byłym torowiskiem [odcinek Kornele - Myślice]. To drugi odcinek specjalny. Nakręcam tu eksperymentalny filmik ze sobą w roli głównej.

Czekają mnie na tym odcinku dwie niespodzianki. Po pierwsze, czego w zasadzie mogłem się spodziewać, droga na torowisku przeistacza się w ścieżkę, która kawałek dalej znika. W efekcie ostatnie pół kilometra jest walką z krzadylem. Trochę jadąc, trochę prowadząc docieram do drugiej niespodzianki. Nie doczytałem wcześniej z mapy, że na tym odcinku tor do Myślic pokonuje mostem rzekę Dzierzgoń. Oczywiście toru, jako takiego, nie ma. Mostu w dużym procencie również.

Przez ażurową konstrukcję widać rzekę Dzierzgoń.

Przeprawa nie byłaby skomplikowana, gdyby nie porastające most drzewa i konieczność przeplecenia przez nie roweru. Trwa to dobry kwadrans i wykańcza mnie bardziej, niż cokolwiek dziś. Jedyne, na co mnie stać po przeprawie, to uśmiech a'la Mona Lisa. Jaki most, taka Mona Lisa.

Chwilę wytchnienia spędzam na fotografowaniu admirałów.

Po kolejnej chwili przedzierania się przez chaszcze docieram do jezdni Latkowo - Myślice. To jedna z tych chwil, kiedy kocham asfalt...

...i czyszczę napęd z zielska.

W Myślicach oglądam gotycki kościół pw. Najświętszej Marii Panny.

Następnie podjeżdżam na stalowy wiadukt nad torem z Myślic na zachód [zaraz za wiaduktem tor rozgałęział się, w lewo na Prabuty i w prawo na Malbork]. Obie linie wykorzystam jeszcze dziś do swoich niecnych celów.

Zanim jednak ruszę dalej [starotorzem oczywiście] cofam się do myślickiego dworca. To bardzo ważny na przełomie XIX i XX wieku węzeł kolejowy. Tu zbiegało się pięć linii kolejowych. Z Elbląga przez Markusy [1, 2], z Malborka przez Dzierzgoń [1], ze Szlachty przez Smętowo, Kwidzyn i Prabuty [1, 2, 3, 4], z Morąga przez Małdyty [1, 2] oraz z Miłomłyna przez Zalewo. Odnośniki kierują do relacji z wędrówek, podczas których odwiedziłem daną linie. Jak widać, jeszcze jedną mam w planach. Tymczasem trochę kręcę się po gęsto porośniętym terenie dworca.

Rosnąca na peronie jabłoń powoli dziczeje.

Oglądam też dworzec od strony ulicy.

Wracam do wiaduktu, z tym, że teraz będę przejeżdżał pod nim.

Za wiaduktem, jak już wspomniałem, tor rozgałęział się na Dzierzgoń i dalej Malbork oraz na Prabuty i dalej przez Wisłę aż do serca Borów Tucholskich. Wprawdzie do Prakwic powinienem obrać kierunek Dzierzgoń, ale decyduję się na kierunek Prabuty. Mam w tym konkretny cel, jakim jest odnalezienie wczesnośredniowiecznego grodziska Pronie.

Tym razem droga po starotorzu jest wygodna i niezarośnięta. Tuż za łukiem torowiska zostawiam rower w krzakach [niech się na coś przydadzą] i pieszo ruszam na poszukiwanie grodziska. Najpierw schodzę w dolinkę małego strumienia, potem wspinam się na wzgórze. Dobrze, że rower odpoczywa, bo z nim tutaj wyzionąłbym ducha.

Po kilkunastu minutach odnajduję takie oto podejrzane miejsce.

To nie tu. Dochodzę do takiego wniosku na podstawie kształtu widocznego na zdjęciu wypiętrzenia i porównania go z wydrukowaną mapą. W pierwszej chwili z rezygnacją cofam się w kierunku ukrytego roweru, ale nie chcąc powiększać Listy Rzeczy Nieodkrytych, daję sobie drugą szansę. Dopatrzywszy się na mapie linii energetycznej i starego wiaduktu, dochodzę do wniosku, że szukałem za bardzo na północ. Wspinam się na wzgórze, gdzie najpierw zostaję wynagrodzony widokiem na, tonący w morzu zieleni, myślicki kościół...

...po czym odbijam na południe, gdzie już po chwili spaceruję po pochyłym majdanie grodziska Pronie.

Fosa południowa. Po lewej majdan. Po prawej wał.

Widok od północy. Na pierwszym planie wał, za nim fosa, dalej wypiętrzony majdan.

Wracam na torowisko i mijam dwa kolejne „ślepe” wiadukty.

Z drugiego wiaduktu fotografuję starotorze i grodzisko [ciemne drzewa po lewej].

Trzecim wiaduktem, zagłębioną w wykopie linię kolejową, pokonuje szosa z Proni do Lubochowa. Wdrapuję się na nią z rowerem. W Lubochowie oglądam gotycki kościół pw. św. Antoniego z ciekawie wkomponowanymi w ceglany mur kamieniami polnymi...

...i prostym wnętrzem.

Próbuję zasięgnąć języka o drogę na Pudłowiec. Owszem mam mapę, ale papier mówi, że droga jest, a na mapie google nie jest tak różowo. Niespecjalnie chcę wpakować się w teren nie do przejścia. Więc pytam grzecznie: Jak dojechać stąd do Pudłowca?

Pierwsza odpowiedź: Pojedzie pan na koniec wsi i w domu po lewej zapyta o pana B. To bardzo miły i uczynny człowiek. On pana pokieruje dalej. Nie znalazłem miłego i sympatycznego oczywiście niewątpliwie pana B. Pytam więc człowieka pracującego w sadzie: Jak dojechać stąd do Pudłowca?

Druga odpowiedź: Nie wiem. Może tu, a może tamtędy, nie wiem. Dla niego chyba świat kończy się na sadzie. Doganiam człowieka na rowerze. Kto, jak kto, ale rowerzysta, rowerzyście chyba pomoże. Pytam: Jak dojechać stąd do Pudłowca?

Trzecia odpowiedź: Do Pudłowca?! A do kogo? Do kogo! On mnie pyta do kogo? Do nikogo. Samą wieś chcę odwiedzić. Duże oczy. Ale wreszcie odpowiada: Tędy, cały czas prosto, przez tory, dalej prosto i będzie Pudłowiec. Wiem doskonale, że torów to tam nie ma, chyba że we wspomnieniach. Jednak, mając dość precyzyjne potwierdzenie, ruszam na północ. Ale tam buraki - dobiega jeszcze mych uszu. Buraki! Takiej nawierzchni jeszcze nie doświadczyłem. A może chodziło mu o mieszkańców Pudłowca?! Eee, chyba nie.

Droga z Lubochowa do Pudłowca jest... załadowana w 50%. Drugą, nieprzejezdną [a nawet nie do przebycia] połowę pokonuję rżyskiem, zastanawiając się, czy sterczące łodygi zboża są w stanie przebić moje proszące już o emeryturę opony. Na szczęście tubylcy wyjeździli wygodny ślad na polu.

Nawet jeśli łodygi są w stanie przebić oponę, to los daruje mi atrakcję w postaci zmiany dętki. Nie napotykając buraków, szczęśliwie dojeżdżam do Pudłowca, gdzie oglądam to, do czego z takim uporem zmierzałem, czyli ruiny pałacu z w II połowy XIX wieku. Niestety robi się pochmurno.



Pałac w Pudłowcu wczoraj i dziś.




Szlachta jada w pałacach.


Po posiłku ruszam przez Lipiec i Królikowo do Prakwic. Przed Królikowem przecinam linię kolejową Myślice - Dzierzgoń - Malbork, która tuż obok ponownie przecina rzekę Dzierzgoń. Mostem nie będę przechodził bo: a. wystarczy raz dziennie, b. wyjątkowo nie jadę linią kolejową, lecz ją przecinam. Zjeżdżam jednak nad rzekę, by obejrzeć Most, Którym Nie Szedłem.

Gwoli ścisłości dodam, że Królikowa nie ma. Po zabudowaniach pozostały jedynie porośnięte fundamenty. Wieś do wybuchu II Wojny Światowej nazywała się Königssee [czyli to nie od królików :-)]. Warto wspomnieć, że w Königssee znajdowała się leśniczówka stanowiąca bazę wypadową dla polowań księcia, a później króla Prus Wilhelma II, który w latach 1884 - 1910 odwiedzał rezydencję Ryszarda Wilhelma von Dohna w Prakwicach [Prökelwitz]. Z centrum Königssee prowadziła droga do stacji kolejowej Prökelwitz. Odnajduję ślad tej drogi bez większego problemu.

W lesie nieopodal znajduje się jeden z tzw. kamieni Wilhelma [o nich później], ja jednak zamierzam poszukać czegoś innego.

W Prakwicach [Prökelwitz] należących w II połowie XIX wieku do Ryszarda Wilhelma von Dohna, który pełnił funkcję Łowczego Dworu Cesarskiego znajdowała się letnia rezydencja Dohnów. W latach 1884 - 1910 Wilhelm II często przebywał tu na polowaniach. Od roku 1893, kiedy to ukończono budowę linii kolejowej Malbork - Myślice - Małdyty, przyjeżdżał do Prakwic koleją. Prawdopodobnie między 1893, a 1898 rokiem, by go godnie witać, wzniesiono niewielki budynek dworcowy zwany cesarskim pawilonem powitalnym [Kaiser Empfangspavillon]. Był to niewielki budyneczek dworcowy przypominający wyglądem architekturę parkową. Zamiłowanie cesarza do stylu staronorweskiego w architekturze zaowocowało mnogością detali charakterystycznych dla norweskiej sztuki ludowej [smocze głowy, trójzęby, śparogi - ozdobne zwieńczenie krokwi szczytowych lub desek przybitych do szczytu dachu dwuspadowego w kształcie baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków wystających poza kalenicę.] Po i Wojnie Światowej [w 1918 lub 1820 roku] budynek został rozebrany i przeniesiony do Budwit [ówcześnie Ebenhöh od nazwiska właściciela okolicznego majątku - Ferdynanda Wilhelma von Eben], gdzie po małej przebudowie służył do 1945 roku jako dworzec na tej samej trasie kolejowej. Jak już wiesz, stoi tam do dziś.

Mam ze sobą zdjęcie odwiedzonego w Budwitach pawilonu wizytowego z czasów, gdy jeszcze stał w Prakwicach. Spróbuję odnaleźć miejsce, w którym stał. Wielkiej nadziei nie mam, bo ze wstępnego teoretycznego rozeznania wynika, że w tym miejscu dziś jest pole, a wokoło chaszcze.

Pawilon wizytowy w Prökelwitz. Źródło:Marienburg.pl

Wjeżdżam w głąb łuku torowiska i na samym łuku przecinam je brnąc w wyższych ode mnie pokrzywach. Teren w ogóle jest gęsto porośnięty chwastami, krzakami i drzewami. Krótko pisząc - KRZADYL. Na mapie google widać, że po obu stronach torowiska i dawnej stacji kolejowej rosną gęste szpalery drzew. Za linią drzew otwiera się widok na skoszone pole i drzewa w oddali. Szukam podobieństw do starego zdjęcia.

To jednak jeszcze nie to, czego szukam. Dalej jadę polem, bo ścieżka się skończyła, a starotorzem absolutnie nie da rady. Dojeżdżam do skraju pola, na końcu północnego szpaleru [patrz Google Maps]. Tu odnajduję bardziej prawdopodobne tło ze starego zdjęcia. Prawdopodobnie tu stał pawilon.

Oczywiście krajobraz nie jest ten sam, ale po pierwsze minęło ponad stulecie, po drugie wtedy fotograf stał wyżej i dalej. Ja dziś nie mam na to szans... no chyba, że posłużę się buldożerem. Wspomniałem, że jestem na skraju pola. To prawda...

...z tym, że dalej również jest pole z obiecanymi, choć spóźnionymi burakami. Mimo wszystko jadę!

Danie dnia: bicykl w buraczkach.

Dojechawszy do szosy skręcam w prawo i zjeżdżam w dół do Prakwic. Pierwszym, co mijam jeszcze przed zabudowaniami we wsi jest fundament na poboczu po lewej stronie. Tu znajdowała się poczta konna, a następnie oberża, której właścicielem był niejaki Haider. W czasie II Wojny Światowej mieszkali w nim jeńcy sowieccy, którzy pracowali w majątku von Dohnów [dalej po prawej], w zamian za pracowników będących w wojsku niemieckim. Podobno Rosjanie ci zostali rozstrzelani przez wojska radzieckie. Może to być prawdopodobne, ponieważ NKWD uznawała, że ci żołnierze radzieccy, którzy dostali się do niemieckiej niewoli byli zdrajcami. Zabici jeńcy oraz właściciel oberży Haider i jego syn tak długo tam leżeli, że ich ciała zaczęły się rozkładać. Nie miał kto ich pochować, ponieważ wszyscy mieszkańcy Prakwic uciekli. Podpalono więc budynek razem z ciałami i do dzisiaj przetrwał jedynie fundament i powyższa opowieść. Zatrzymuję się dopiero przy ciekawym budynku dawnej kuźni i stojącym obok budynku dawnej szkoły.

Chciałem obejrzeć ruiny dworku Dohnów. Niestety na posesję nie ma dostępu i nawet nie ma kogo spytać. Nie wiem nawet, czy jest jeszcze co oglądać. Ruszam więc z powrotem do lasu. Kolejną ciekawostką okolic Prakwic, którą zamierzam odnaleźć jest miejsce po leśniczówce Königssee. W tym celu zjeżdżam z wygodnego asfaltu w drogę rozjeżdżoną ciężkim sprzętem do zrywki drewna. Długo nie da się jechać. Zostawiam rower za stertą drewna i pieszo ruszam na pobieżną eksplorację terenu. Po chwili są pierwsze sygnały, że obrałem dobry kierunek. Gdy na leśnej drodze znajdziesz cegłę, wiedz że coś się dzieje.

Po chwili po obu stronach leśnej drogi pojawiają się stare zdziczałe jabłonie. To znak, że trafiłem w okolice leśniczówki Königssee.

Tuż obok odnajduję fundamenty i cegły ze zburzonych ścian.


Wracam do roweru i ruszam dalej. Jadąc asfaltem docieram do mostku nad Dzierzgoniem. Przed mostkiem kierunkowskaz w prawo do Kamienia Wilhelma. No, być tutaj i nie odnaleźć chociaż jednego z tych głazów? To byłby nietakt. Jadę więc kilometr w stronę Starego Miasta, by zobaczyć kamień księcia i króla Wilhelma II.

Wilhelm lubił postrzelać. Dwa i pół roku temu napisałem, że zaspokajał swoje chore żądze, dziesiątkując przez wiele lat populację jeleni, bażantów i innych zwierząt, w które zasobne były tutejsze lasy. To fakty, choć nie powinny być w zasadzie publikowane w oderwaniu od biografii Wilhelma. Dzieciństwo i młodość księcia, a w szczególności jego kalectwo musiało wywrzeć wpływ na jego psychikę i całe życie. Na skutek komplikacji porodowych Wilhelm urodził się ze zwichniętym lewym stawem łokciowym i uszkodzonymi nerwami. Niewątpliwie negatywny wpływ na jego psychikę jako jeszcze dziecka miały nieudolne, sadystyczne wręcz nierzadko próby wyleczenia tego, co nieuleczalne, a także paniczne wręcz zabiegi służące zamaskowaniu kalectwa. Odrzucenie przez własną matkę i drwiny ze strony całego otoczenia z pewnością wpędzały go w jeszcze większą depresję. Niejednokrotnie słyszał: „Gdyby nie ta ręka, byłby mądrym dzieckiem”, czy „Nadaje się na ślusarza, a nie na władcę.”

Mimo, że dorosły Wilhelm II podobno był świetnym strzelcem, kamienie ustawiane przy każdej okazji „położenia kapitalnego rogacza” były niewątpliwie elementem zakrojonej na szeroką skalę propagandy, mającej kreować wizerunek przyszłego, czy później, panującego króla. Z podobną kreacją wizerunku przyszłego władcy spotykamy się na zdjęciach, na których kaleka ręka Wilhelma jest skrzętnie ukrywana, a on sam nierzadko pozuje na koniu. Wilhelm przez, będącą następstwem paraliżu ręki, wadę postawy nie tylko nie jeździł konno, ale w ogóle nie był w stanie utrzymać się w siodle. Z jednej więc strony drwiono z niego, z drugiej zaś na każdym kroku ludzie z jego otoczenia, jak i on sam musiał dowodzić, że nadaje się na władcę, silnego władcę.

Jeszcze kawałek szosą i skręcam w prawo w ledwo widoczną drogę leśną. Po dłuższej chwili odnajduję kamień zwany przez okolicznych drewnianym. Chciałem go odnaleźć ponieważ jest to pierwszy kamień ustawiony dla Wilhelma. Wtedy Wilhelm jeszcze był księciem o czym świadczy tytuł SKH [Seine Kögliche Hochheit] w odróżnieniu od stosowanego dla koronowanych głów SM [Seine Majestät]. Napis głosi „Jego Królewska Wysokość Książę Wilhelm von Preussen położył tutaj 15 Maja 1887 roku kapitalnego rogacza.” Jako ciekawostkę dodam, że koło Protajn leży drugi kamień postawiony dla Wilhelma, a daty na nich wyryte dzieli jeden zaledwie dzień. Taki był wydajny.


W przerwie w poszukiwaniach Drewnianego Kamienia fotografuję grzybka. Moja znajomość grzybów ogranicza się do „ma blaszki - zły, ma dziurki - dobry”. Zdaję sobie jednak sprawę, że to ogromne uproszczenie.

Dalej jadę w kierunku Kielm. Na drodze tam prowadzącej jest bród. Zatrzymuję się. Przejście nawet poboczem nie wchodzi w grę. Obejść polem też się nie da. Wszędzie woda. Chwilę się zastanawiam. I ruszam. Nie napotykam na żadne przeszkody pod wodą, a tego najbardziej się obawiałem. Niestety woda jest na tyle głęboka, że rower zanurza się powyżej osi kół. Nie mogąc przestać pedałować muszę kilkakrotnie zanurzyć buty. Po przejechaniu fotografuję to miejsce na pamiątkę. To pierwszy bród, jaki mijam podczas swoich wycieczek.

Przez Kielmy przejeżdżam szybko. Suszę buty. Rozpędzam się i wśród pięknych krajobrazów...

...docieram do Starego Miasta. W Starym Mieście szukam sklepu, bo bidon mi już wysechł. Zamiast sklepu odnajduje cmentarz na rozdrożu.



Zaopatruję się w wodę i ruszam już w zasadzie w drogę na pociąg. Przy wyjeździe ze Starego Miasta zauważam kątem oka głaz z napisami. Zatrzymuję się i z zaskoczeniem stwierdzam, że to kolejny kamień Wilhelma.


Kawałek dalej skręcam na zachód do Monasterzyska Wielkiego. W tej niewielkiej, wbrew nazwie i tablicy, wsi oglądam kaplicę położoną na cmentarzu na wzgórzu. Najpewniej są w niej pochowani właściciele niezachowanego dworu.

Wyjeżdżając właściwie ze wsi, napotykam samotny komin w polu kukurydzy. Prawdopodobnie stanowił on część cegieleni.

Okrężną, po zasięgnięciu języka u tubylcy, drogą docieram do Cieszymowa mogącego pochwalić się dworem, dwoma parkami oraz ciekawym ośmiobocznym kościółkiem o konstrukcji szachulcowej.


Myślałem by jechać drogą przez Stążki, ale nie tym razem. Spoglądam tylko na tę drogę i ukryty w kępie drzew po prawej cmentarz ewangelicki.

W ciepłym świetle niskiego już słońca, jadę do Mikołajek Pomorskich nie mogąc oderwać oczu od mijanych krajobrazów.

W Mikołajkach Pomorskich najpierw sprawdzam, czy internety nie myliły się odnośnie godziny odjazdu pociągu do Gdańska, a następnie robię krótką rundkę po wsi.

Mikołajki Pomorskie. Kościół ewangelicko-augsburski.


Mikołajki Pomorskie. Kościół pw. św. Antoniego Padewskiego z końca XIX wieku.

Pobyt kończę kolacją na peronie i szybkim, naprawdę szybkim [1h] przejazdem do Gdańska.

Do wkrótce...

 Przypominam 

...że możesz otrzymywać powiadomienia o pojawieniu się nowej relacji. Wystarczy zapisać się na bezpłatny newsletter.

  NEWSLETTER  

WRÓĆ DO POCZĄTKU

LUB

ZAKOŃCZ WYCIECZKĘ

LUB

POCZYTAJ KOMENTARZE

LUB

ZOSTAW KOMENTARZ

↓    ↓    ↓

ďťż
 

1. yahoda
www
sobota, 04 lutego 2017

Dzień dobry.
Jak to robisz, że chmury tak ładnie na zdjęciach wychodzą? Czy korzystasz z jakiegoś filtra na obiektywie?
Pozdrawiam, Szymon.

Paweł Buczkowski
www
niedziela, 05 lutego 2017

Cześć Szymon.

Samo się robi :-). Po pierwsze i przede wszystkim muszą być takie chmury. Takie, jak ja mówię, pocztówkowe obłoczki. Sporo takich miałem na przykład podczas ”Walichnowskiego zygzaka„ Po drugie staram się naświetlać na światła i wywoływać cienie. Jeżeli jest krajobraz, czyli ciemniejszy dół i jaśniejsza góra z białymi obłokami, to pilnuję, żeby obłoków właśnie nie prześwietlić. Oczywiście dół wtedy jest na zdjęciu ciemny, ale ciemne partie zdjęcia w przeciwieństwie do wypalonych prześwietleń zawierają informacje o obrazie i można ją wyciągnąć, czy to w komputerze, czy tradycyjnie w ciemni.
Efekt pocztówkowych obłoków można wzmocnić również filtrem polaryzacyjnym, lub filtrami połówkowymi, ale i bez nich, jak widać, się da.

Pozdrawiam

2. Ty
www

To jest miejsce na Twój komentarz.

KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI