naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. CYKLE Z BICYKLEM
  5. KONTAKT
  6. DOBRE STRONY ROWERU

21 STYCZNIA 2016

KASZUBY

KAŻDE POKOLENIE ODEJDZIE W CIEŃ

Wybrałem się w rejon, który, jak dotąd, pozostawał poza moimi zainteresowaniami. Nie wiem dlaczego Lębork wydawał mi się bardzo odległy, mimo, że jest dokładnie tak samo odległy od Gdańska, jak Elbląg, z którego startowałem niejednokrotnie.

Krótkie wirtualne rozeznanie uświadomiło mi, że na północy czeka mnie wcale nie mniej interesujących obiektów, co w preferowanych dotąd kierunkach: południowym i wschodnim. Obiektów świadczących o życiu, pracy i śmierci kilku poprzednich pokoleń. Pokoleń, które mimo, że odeszły w cień, kontaktują się z nami poprzez puste okna niszczejących budynków, nieruchome śmigi wiatraków i zacierające się napisy kamieni nagrobnych.

 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: tylko ja, nie licząc tubylców-cyklistów;
  • Dystans: 120 km;
  • Trasa: Lębork - Nowa Wieś Lęborska - Krępa Kaszubska - Lędzichowo - Kopaniewo - Zdrzewno - Maszewko - Wojciechowo - Zwartowo - Borkówko - Borkowo Lęborskie - Przebendowo - Żelazno - Choczewo - Lublewko - Słuchowo - Wierzchucino - Dmuchowo - Ujście Piaśnicy - Dębki - Odargowo - Krokowa - Minkowice - Sławoszyno - Sulicice - Kłanino - Starzyno - Werblinia - Zdrada - Połczyno - Celbowo - Sławutówko - Widlino - Reda;
  • Mapa:

Nikogo nie zapraszam na tę wędrówkę. Kilka osób wprawdzie powiadamiam, ale stoją im na przeszkodzie takie „drobiazgi”, jak praca, choroba, czy temperatura za oknem. No cóż. Życzę „aby do weekendu”, zdrowia i trzymajcie się ciepło. Jadę witać wiosnę sam!

Gdy ruszam spod domu w kierunku dworca, kropi deszcz. Nie podoba mi się to, ale też się nie waham. Mam dziś parcie na jazdę... Kiedy nie mam??? SKM-ka punktualnie o 0430 zabiera mnie z Gdańska i o 0615 dostarcza do Lęborka. Gdzieś w okolicy Bożegopola [A może Bożepola? Czy tego Boga w środku Pola powinno się odmieniać?]. No, gdzieś między nimi, w każdym razie, na wschodzie wybucha zza chmur snop światła. Nie, to nie terroryści*, to nadzieja na kilka godzin ładnego światła. Wprawdzie meteo.pl nie daje nadziei, ale yr.no zapowiada do 10.00 słońce i przez cały dzień ani kropli. I tego się trzymajmy!

Szczerze pisząc na Lębork się nie przygotowałem. Tak to już jest, że miasta, w których zaczynam i kończę trasę traktuję po macoszemu. Jak najszybciej z nich uciekam. Z tych pierwszych na wieś, z tych drugich na dworzec. Wiedziałem, że chcę wjechać na Górę Parkową oraz rzucić okiem na zamek, po czym sio na północ... aleee nieee. Okazało się, że Lębork zatrzymał mnie na dobrą godzinę, podczas której nie próżnowałem. Jednak moja przygoda z tym miastem zaczęła się od...

Cóż. Natury się nie da oszukać, a trzymanie moczu przez kilka stacji dowodzi, nie tylko mocnego pęcherza, ale również silnego instynktu samozachowawczego. Kto korzystał z toalety z taborze SKM, ten wie o co chodzi. Dodam, że poza walorami użytkowymi przystanek zobrazowany powyższym zdjęciem ma również walory krajoznawcze - w tle jest przecież zamek krzyżacki.

Co z tą Górą Parkową? Otóż już z daleka widać sporą wieżę bielącą się na szczycie góry nazywanej do końca II Wojny Światowej Górą Wilhelma. Ta wzniesiona w 1912 roku wieża była jedną ze 173 znajdujących się w Europie tak zwanych wież Bismarcka, wyrażających niemiecką dumę narodową oraz sławiących Premiera Prus, a przede wszystkim kanclerza II Rzeszy, zwanego Żelaznym Kanclerzem. Z polskiego punktu widzenia nie był to fajny gość. Nie dziwi więc fakt, że spośród 40 wież zlokalizowanych na terenie dzisiejszej Polski do dziś zachowało się 17, z czego większość w trakcie rozpadu, jak ta w Srokowie lub po rozpadzie, jak ta na Lisiej Górze koło Jasnej opisana w relacji Tu, gdzie teraz jest ściernisko....

Góra Parkowa zaskoczyła mnie podwójnie. Po pierwsze myślałem, że będę miał problem z wjechaniem na nią rowerem. Po drugie myślałem, że będę miał z niej widoki. Nie miałem jednego, ni drugiego. Ale wieża, pełniąca w swej historii rolę restauracji oraz ciśnieniowego zbiornika wody, a dziś czekająca na remont, ciekawa.

Zjeżdżam ku miastu. Oglądam zamek krzyżacki, Łebę stanowiąca jego fosę oraz widoczny po lewej młyn napędzany jej nurtem. Łeba chroni, Łeba żywi.

Zamek, wzniesiony w XIV wieku, a w późniejszych wiekach wielokrotnie zmieniający właścicieli i przebudowywany, niespecjalnie mnie zaskoczył i niespecjalnie zauroczył. Z pierwotnego gotyckiego zamku przetrwał do dziś jedynie wschodni szczyt [na powyższym zdjęciu po prawej], część piwnic, oraz młyn [po lewej]. Dobrze zachowane / zrewitalizowane mury miejskie z basztami oraz wytyczona i opisana ścieżka turystyczna „Śladami średniowiecza” zainteresowały mnie znacznie bardziej.

Okrążam stary Lębork po wewnętrznej stronie murów, oglądając najpierw basztę nr 24 i sąsiadującą z nią basztę nr 25 zwaną Bluszczową...

...a następnie charakterystyczną basztę Kwadratową...

...pilnowaną przez kolorowego strażnika.

Zgodnie z informacją na tablicy przy jednej z baszt można dopatrzyć się w układzie cegieł obok siebie dwóch wątków: wendyjskiego i gotyckiego.

Wątek wendyjski.


Wątek gotycki.

Wewnątrz pierścienia średniowiecznych obwarowań Lęborka zainteresowały mnie dwa obiekty. Pierwszy to neogotycki budynek Ratusza miejskiego.

Nawiązując do stylu układania cegły w murze, w ścianach ratusza widzimy rzadko stosowany w Polsce wątek forteczny zwany też angielskim, w którym widać tylko główki cegieł.


Drugą z odwiedzonych przez mnie budowli w obrębie Starego Lęborka jest kościół pw. św. Jakuba wzniesiony na przełomie XIV i XV wieku, jako budowla o charakterze obronnym.

Przy kościele zorganizowano Galerię Jakubów, na której święty Jakub modli się za Kubę Rozpruwacza, za plecami Jakuba Wejhera czai się James Bond, melodie Jamesa Morissona gwiżdże Kuba, przyjaciel Tomka z wyspy Sodor, a Kubuś Puchatek wykrada miodek chłopu pańszczyźnianemu - Jakubowi Szeli. Brakuje tylko braci Castro... oni są przecież niedołącznym elementem Kuby.

Nie obejrzawszy z pewnością wszystkich interesujących zabytków Lęborka, ruszam na północ. Kawałek za Nową Wsią Lęborską zjeżdżam z umiarkowanie ruchliwej krajowej 214-tki na ścieżkę rowerową i nią dojeżdżam do miejscowości Krępa Kaszubska. W połowie drogi zatrzymuje mnie widok dwóch samolotów na poboczu. O ile mnie moja skąpa wiedza na ten temat nie myli, są to An-2 i Mig-23.


W przypadku Miga zwracam uwagę na system siłowników składających nadwozie tak, by mieściło się w małym luku. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego sprzętu z tak bliska.

W Krępie Kaszubskiej zamierzam odwiedzić cmentarz ofiar Marszu Śmierci. Wjeżdżam w mały lasek po prawej za wsią i po chwili widzę groby.

Tu po raz pierwszy dziś spotykam się z wyrytymi w kamieniu słowami z Księgi Koheleta, które, jak się okaże, towarzyszyć mi będą przez całą wycieczkę:

Pokolenie przychodzi
i pokolenie odchodzi,
a ziemia trwa po
wszystkie czasy.


Nie mogę się nadziwić, że tak skromnie i właściwie bez żadnej konkretnej informacji uczczono pamięć ofiar. Nie wiem jeszcze, że odwiedzone przez mnie właśnie miejsce jest starszym cmentarzem ewangelickim. Ruszam dalej przez las. Kilkadziesiąt metrów dalej trafiam na właściwe miejsce pamięci.

W tak zwanych obozach ewakuacyjnych w Krępie Kaszubskiej, Gęsi, Dąbrówce i Godętowie przetrzymywano w styczniu i lutym 1945 roku wieźniów, których uprzednio przygnano tu ponad 150 kilometrów z obozu hitlerowskiego Stutthof. Z obozu zlokalizowanego na Żuławach pod koniec stycznia 1945 roku wymaszerowało ponad 11 tysięcy zgrupowanych w kolumny więźniów. Po kilku do kilkunastu dni do ostatnich obozów ewakuacyjnych dotarło 7 tysięcy osób. Z brakujących 4 tysięcy, połowa to udane ucieczki z trasy marszu i miejsc postojowych, a reszta to ofiary zmarłe z wycieńczenia, głodu i zimna. W sumie ponad dwa tysiące ofiar zostało pochowanych na Cmentarzach Ofiar Marszu Śmierci na trasie marszu w Nawczu, Rybnie i Krępie Kaszubskiej, pozostałe ofiary w zbiorowych mogiłach w Pucku, Wejherowie, Luzinie, Strzepczu, Żukowie, Niestępowie, Pręgowie, Miszewku, Przodkowie, Pomieczynie, Strzepczu, Łebnie, Łęczycach, Ciechomiu, Kostkowie, Lęborku oraz w innych, często nieznanych miejscach. Dane są oczywiście szacunkowe, gdyż podczas ewakuacji nie prowadzono ewidencji zmarłych, a wymarszowi ze Stutthofu towarzyszył niemały bałagan związany z pośpiechem i strachem [okupanta] przed napierającą od wschodu Armią Radziecką. To skutkowało na przykład niezachowaniem planowanej liczebności kolumn, czy właśnie brakiem jakiejkolwiek ewidencji. Myślę, że z drugiej strony to wszystko również ułatwiło skuteczne ucieczki.

Na cmentarzu, który odwiedzam, spoczęło około 800 więźniów różnej narodowości i wyznania.


Zamiast cofać się do asfaltu, jadę leśnym duktem w kierunku następnej interesującej mnie wsi - Lędzichowa, gdzie zamierzam obejrzeć pałac, którego widok jednak mocno mnie zawodzi.

To co w nim w miarę interesujące, to wieżyczka z hełmem.

Ruszam brukowaną drogą do Kopaniewa. Po chwili, mając dość bruku, przeprawiam się na traktorowy ślad w polu i nim jadę dalej.

Przeprawa przez pas kolczastych chaszczy kosztuje mnie kilka zadrapań, ale za to oglądam z bliska kilka niezasiedlonych jeszcze gniazd.

Tuż po wjechaniu w Kopaniewie na asfalt, opuszczam go pakując się w jeszcze dziksze bezdroże. Co mnie podkusiło do jazdy przez łąkę na przełaj? „Krh” na przedwojennej mapie. Krh to Kirhof czyli cmentarz. W tym wypadku cmentarz Nigdzie. Żeby go odwiedzić, trzeba dobrze wiedzieć, że tam jest. Tu nie docierają przypadkowe osoby. Po kilkuset metrach, lokalizuję cmentarz „na dwunastej”.


Większość odwiedzanych dziś nekropolii usłana jest śnieżyczkami z dużą domieszką ładniejszych przedstawicieli tej rodziny - śnieżyc, o których piszą, że spotkać je można jedynie w górach i w jednym rezerwacie pod Poznaniem. Skoro to taka rzadkość, miałem dziś dużo szczęścia.

          

Śnieżyczka przebiśnieg.                                                                   Śnieżyca wiosenna.



Wracam na asfalt i ruszam do Zdrzewna. Wtem wśród żurawich okrzyków dobiega mych uszu inny, znajomy, rytmiczny dźwięk.

Po chwili jestem w Zdrzewnie przy pałacu, będącym perełką dzisiejszego wypadu.

Pałac w 1867 roku wybudował Johan Wilhelm Zimdars, właściciel Kopaniewa i Zdrzewna. W 1922 roku pałac przeszedł gruntowną przebudowę, której zawdzięczamy dzisiejszy jego kształt. W latach 90-tych pałac był siedzibą PGR-u i, co ciekawe, wtedy przeprowadzono tu całkiem przyzwoity remont. Obecnie obiekt niszczeje w rękach prywatnych i fakt, że jeszcze się nie zawalił zawdzięcza w miarę dobremu stanowi pokrycia dachowego.




 

Podjeżdżam jeszcze na wschód od wsi by obejrzeć stary wiatrak przemiałowy otoczony wnukami.

Wiatrak został wybudowany w 1919 roku przez Karla Englera na miejscu mniejszego XVIII-wiecznego wiatraka, który spalił się kilka lat wcześniej podobno w wyniku odwrócenia przez silny wiatr kierunku obrotu śmig. Podobno Engler wykorzystał do budowy nowego wiatraka darmową siłę roboczą w postaci jeńców rosyjskich, wziętych do niewoli podczas wojny. Wnętrze wiartaka spłonęło podczas kolejnego pożaru w 1957 roku, jednak jego zewnętrzny wygląd nie zmienił się znacząco do dziś [poza ogólnym podniszczeniem].

Przed opuszczeniem wsi zatrzymuję się jeszcze na chwilę przy cmentarzu, na którym odnajduję pomnik ofiar Wielkiej Wojny...

...oraz ponownie dużo rzadkich śnieżyc.


          

Od przechodzącego Tubylca dowiaduję się, że również stary, ale dużo ciekawszy cmentarz można zobaczyć przy drodze do Komaszewa. Rady Tubylców można równie często traktować jako świetny drogowskaz, jak i wkładać między bajki. Tym razem jednak postanawiam sprawdzić informację. W Maszewku skręcam na zachód i po przejechaniu krajową 213-stką może kilometra skręcam na północ na Komaszewo. Po chwili widzę cmentarz, na którym poza kilkudziesięcioma nagrobkami w różnym stadium dewastacji,...


...odnajduję pomnik mieszkańców Maszewka [Klein Massow] poległych w Wielkiej Wojnie.

Niektóre groby tuż koło drogi. Ciekawe, czy pod asfaltem również są szczątki ludzkie?

Zniszczeń dokonują tu nie tylko ludzie, ale i sama natura.

          


Wracam do Maszewka i zamiast jechać stąd polną drogą prosto na Wojciechowo tak, jak planowałem, ruszam asfaltem. Przyczyna prozaiczna. Polnej drogi praktycznie nie ma. To znaczy w rzeczywistości, bo na mapach ma się dobrze.

Kolejne 2,5 kilometra, na szczęście mało uczęszczaną, krajówką i skręcam na południe do Wojciechowa. O ile samo Wojciechowo nie specjalnie mnie interesuje, o tyle widoczne przede mną Zwartowo już tak.

Chwała Tubylcom - cyklistom. Dzięki nim mogę ten brukowany odcinek pokonać rozjeżdżonym poboczem. W ten sposób docieram do Zwartowa. Tu kościół wzniesiony w 1929 roku dla ewangelików, a od 1946 roku służący katolikom; pałac z połowy XIX wieku, w którym od 1997 roku działa Ośrodek Doskonalenia Kadr Służby Więziennej.

Zamierzam znaleŸć tu, jak się okazuje, dobrze ukryty cmentarz. Próbując zlokalizować cmentarz spotykam parę żurawi przechodzącą przez jezdnię. Oczywiście zanim udaje mi się wyciągnąć aparat z sakwy, na jezdni zostaje tylko jeden ptak.

Po chwili poszukiwań trafiam do starej nekropolii.



Następnym przystankiem na mojej dzisiejszej trasie jest Borkówko - stary, wielokrotnie przechodzący z rąk do rąk, majątek ziemski. Przynajmniej od XVIII wieku istniał tu pałac, którego dzisiejsza forma powstała w latach 1922 - 1925, kiedy majątek był własnością Georga Vichstaedta i jego rodziny. Zwiedzanie zaczynam od zaplecza gospodarczego.




Jakim bezmyślnym trza być bucem...

Wyczytałem gdzieś, że pół kilometra na północ od pałacu znajduje się grób Christiana Vichstaedta - syna właściciela majątku Klein Borkow. 13-letni Christian podczas polowania popełnił samobójstwo strzelając do siebie z dubeltówki. Z dubeltówki! Do siebie!

Półgodzinne krążenie po lesie nie przynosi efektu. Grób pozostaje nieodnaleziony. Jednakże nie daję za wygraną i jeszcze tu wrócę, zwłaszcza, że przeanalizowawszy zdjęcie satelitarne terenu mam pewne podejrzenia, co do lokalizacji grobu [którego, nawiasem pisząc, byłem blisko, jeśli się nie mylę] Tymczasem bezdrożem, przez las docieram do szosy i cofam się do Borkowa Lęborskiego, gdzie chcę obejrzeć, jak się okazuje walący się, grobowiec rodziny Tesmar.






Opuściwszy Borkowo związuję się na dłużej z krajową 213-stką. Wkrótce dojeżdżam do Przebendowa [nie mylić z Wielkopolskim Przebędowem], gdzie na wzgórzu odwiedzam kolejny stary cmentarz ewangelicki. Tu również oglądam kaplicę-grobowiec w tylko trochę lepszym stanie niż borkowski.



Kolejna wieś - Żelazno. Zatrzymuję się na chwilę przy pałacu, którego bryła wydaje mi się na tyle mało interesująca, że nie zużywam megabajtów. Fotografuję jednak przepiękne, zadbane budynki gospodarcze.

Za wsią odwiedzam trzeci pod rząd grobowiec. Wejście zamurowane, ale ktoś ciekawy był.

W przeciwieństwie do frontowej ściany, murowanej z cegły, boki wykonane są z nieregularnych kamieni.

W tle cmentarza widać majątek Żelazno.


Do Wierzchucina nie zatrzymuję się i nie opuszczam drogi krajowej 213, choć widziane z oddali dwory i pałace kuszą swym pięknem. Tuż przed wsią oglądam cmentarz ewangelicki z pomnikiem ofiar obu wojen światowych.


Poniżej tablicy z nazwiskami poległych w Wielkiej Wojnie domontowano tablicę ofiar II Wojny Światowej.

Zwieńczenie pomnika stanowi podobizna hełmu niemieckiego.

Warto zajść pomnik z tyłu i zobaczyć, że hełm ma postrzały w potylicę. Oczywiście domyślnym nadawcą kul był czerwonoarmista. Oglšdam jeszcze pozostałoœci kaplicy...

...i ruszam w stronę wsi.

Między starym, a współczenym cmentarzem, przy samej szosie znajduje się tajemniczy obiekt. To brama do wybudowanego w 1936 roku stadionu sportowego. Był to ośrodek przygotowań olimpijskich z pełnowymiarowym basenem pływackim, stadionem i halą treningową. Podobno przygotowywali się tu sportowcy niemieccy biorący udział w igrzyskach w Berlinie w 1936 roku. Po samym stadionie nie ma śladów, jeśli nie liczyć pustego miejsca między drzewami.

Cegły na budowę bramy pochodzą z lęborskiej cegielni Heinricha Krohna.

Wjeżdżając do wsi mijam nieczynny, ewangelicki kościół wzniesiony w 1882 roku na miejscu starszej świątyni szachulcowej.

Zbliżywszy się do północnego brzegu jeziora Żarnowieckiego, przekraczam dawną granicę między Niemcami, a II Rzeczpospolitą i kawałek dalej [w Polsce] zatrzymuję się na brzegu.

Jak najkrócej wystawiam się na smaganie zimnym wiatrem. Ruszam w kierunku Żarnowca, by po kilkuset metrach skręcić na północ. Po przejechaniu drogi wzdłuż Piaśnicy [nieciekawej, bo w oddaleniu od rzeki i niewygodnej, bo wyboistej] docieram wreszcie w okolice ujścia Piaśnicy między dawnymi folwarkami Piaśnica [Piasnitz] i Dębki [Dembek]. Tu, przy replice słupa granicznego z okresu dwudziestolecia międzywojennego, robię jedyne dziś zdjęcie własnej osoby.

Słup w rzeczywistości znajdował się kilkaset metrów na północny zachód na nadmorskiej wydmie, ale replikę postawiono przy mostku na Piaśnicy. Warto zaznaczyć, że Piaśnica [Piasnitz Fluss] nie była rzeką graniczną, jak się często pisze. Graniczną rzeką była Stara Piaśnica [Alter Piasnitz Bach] płynąca kilkaset metrów na zachód od Piaśnicy i uchodząca do niej za pośrednictwem Białogórskiej Strugi.

O ile postawienie repliki tu zamiast w oryginalnym miejscu, można wytłumaczyć lepszą dostępnością dla przeciętnego turysty, o tyle sama idea stawiania repliki słupa granicznego jest pomysłem dość kontrowersyjnym. Co innego zachowanie, czy nawet eksponowanie niewątpliwie zabytkowego oryginału [jak w Przebrnie, czy przy leśniczówce Zwierzyniec].

Mimo, że dojechałem tu dwie godziny później i z dystansem dwadzieścia kilometrów większym niż przewidywał plan, postanawiam niespiesznie przespacerować się do ujścia Piaśnicy.


Tu w zasadzie kończy się tej wycieczki część krajoznawcza, a zaczyna się bicie kilometrów :-). Raz, że robi się późno, a do celu [choćby minimum] jest coś koło 50 kilometrów. Dwa, że zrobiło się wyjątkowo szaro, buro i przenikliwie zimno, co skutecznie zniechęca do kręcenia się po starych cmentarzykach i innych takich. Ruszam na południowy wschód. Cel maksimum [jak się wkrótce okaże nieosiągnięty] - Gdynia, by PKM-ką dotrzeć do domu. Gdzieś po drodze do wyjęcia aparatu z sakwy prowokuje mnie samotna kępa drzew. Widziałem kiedyś podobny widok, gdzieś w okolicy Małżewa pod Tczewem. Tam wzgórze z kępą drzew nazywją szubienicznym, czy wisielczym.

Gdzieś przed Połczynem dopada mnie kryzys. Kilometr, czy dwa jadę z prędkością spacerującego kuracjusza w Ciechocinku. W Połczynie zatrzymuję się przy sklepie. Baton, sok, baton. Ruszam z kopyta [w zasadzie z pedała]. Za Celbowem zapada decyzja: kończę w Redzie. Nie wiem, z jaką częstotliwością kursują SKM-ki do Gdańska, ale trafiam dokładnie na jedną z nich i tym sposobem szybko wracam do domu.

W ten sposób kończę tę półkrajoznawcą wycieczkę, którą traktuję, jako rekonesans tego ciekawego regionu i preludium do kolejnych wizyt.

*Akapit z terrorystami pisany jeszcze przed zamachami w Brukseli. Postanowiłem nie modyfikować. Prostuję jednak, że nie ma związku.

Do wkrótce...

 Przypominam 

...że możesz otrzymywać powiadomienia o pojawieniu się nowej relacji. Wystarczy zapisać się na bezpłatny newsletter.

  NEWSLETTER  

WRÓĆ DO POCZĄTKU

LUB

ZAKOŃCZ WYCIECZKĘ

LUB

POCZYTAJ KOMENTARZE

LUB

ZOSTAW KOMENTARZ

↓    ↓    ↓

ďťż
 

1. Krzysztof Wasilewski
poniedziałek, 09 października 2017

Dziękuję za inspirujące relacje. Czytając jedną z nich (http://www.nakole.net/w_20160321.php) znalazłem drobną pomyłkę. W tekście opisu samolotu \"W przypadku Miga zwracam uwagę na system siłowników składających nadwozie tak, by mieściło się w małym luku. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego sprzętu z tak bliska.\" powinno być \"podwozie\" miast \"nadwozie\".

Pozdrawiam

Paweł Buczkowski
www
poniedziałek, 09 października 2017

Dziękuję za poprawkę. Faktycznie przejęzyczyłem się. Od razu poprawiam. Miło mi, że są tacy, co czytają. I to nawet z uwagą. Polecam się na przyszłość, tak w kwestii odwiedzania strony, jak i wytykania błędów.

Pozdrawiam
Paweł

 

2. Ty
www

To jest miejsce na Twój komentarz.

KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI