naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. CYKLE Z BICYKLEM
  5. KONTAKT
  6. DOBRE STRONY ROWERU

08 CZERWCA 2018

ZIEMIA CHEŁMIŃSKA

NIE WIERZ KOBIECIE

WŁÓCZĘGA PO ZIEMI CHEŁMIŃSKIEJ

DZIEŃ DRUGI


[TUTAJ DZIEŃ PIERWSZY]

Spanie pod gołym niebem. Coś wspaniałego. Wysoko nade mną korony drzew. Jeszcze wyżej tysiące światów. I ja, mały człowiek pod wielkim niebem. To nie może spowszednieć. Do tego nie można się przyzwyczaić. To za każdym razem tak samo urzeka.


 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: Piotr i Paweł;
  • Dystans: 60 km;
  • Trasa: j.Robotno - Grzmięca - Bachotek - Tama Brodzka - Brodnica - Mszano - Niewierz - Szabda - znów Mszano - znów Niewierz - Chojno - j.Chojno, [ślad czerwony];
  • Mapa [zbiorcza]:

Natura mnie oszukała. Słońce wzeszło nie po drugiej stronie jeziora, gdzie się go spodziewałem, lecz daleko na północ od tego kierunku. W związku z tym, gdy wreszcie przebiło się przez gęste korony drzew muskając promieniami moją twarz było już po ósmej.

Dzień rozpocząłem od kąpieli. Woda niesamowicie nagrzana kilkunastodniowymi upałami.

fot. Piotr Zwierzyński

Jest słabo. Ale cóż, sami sobie jesteśmy winni. Planowanie zawiodło. Z wczoraj została nam jedna kiełbasa i... i już. Jesteśmy w środku lasu. Do sklepu daleko. Dodatkowo wybieramy się na południe, co nie daje wielkiej nadziei na sklep aż do samej Brodnicy. Brodnica jest wprawdzie raptem kilkanaście kilometrów stąd, ale wczoraj narodził się plan zdobycia cypla półwyspu na jeziorze Strażym, co, patrząc na mapę, może się wiązać ze sporym wydatkiem energetycznym. Mimo to poranek zaczyna się leniwie.

Piotr oczywiście nawiązuje kontakt z moczykijem, natychmiast przynosząc mu szczęście w postaci brania, co skwapliwie uwieczniam.

Powiększenie ujawnia całą prawdę. Nie jest to Gruba Ryba. Ale nie grubość się liczy, lecz emocje. Ten tańczący spławik. Wyczekanie. Chlup pod wodę i cięcie.

Pakujemy się i dzielimy kiełbasą. Nieeee, nie z moczykijem. Nas dwóch do tej kiełby to aż nadto. Chociaż i skórką od chleba byśmy się podzielili. Ruszamy brzegiem Robotna na południe.


Skarlankę łączącą Robotno z jeziorem Kurzyny pokonujemy wypatrzoną na mapie kładką, której istnienia nie byłem całkiem pewny.

Piotr dobywa aparatu rzadko, ale w ciekawych momentach.

fot. Piotr Zwierzyński.

Z przeciwległego brzegu dostrzegam naszą sypialnię.

Po chwili wyjeżdżamy na bardziej ubitą, choć nadal piaskową drogę. Musicie wiedzieć, że Piotr nie przepada za piaskiem pod kołami. Tu jednak jedzie się świetnie.

Kwiatki tak mi się podobają, że powtarzam w lepszym świetle.

Jak miejsce postoju, to postój, chociaż na chwilę.

Zwłaszcza, że nieopodal, mostek. A jak mostek, to rzeka. A jak rzeka, to ryby, których gatunki Piotr rozpoznaje bezbłędnie, a i z dużą satysfakcją, jak mi się wydaje.

Ja wolę latającą faunę.

Ruszamy dalej.

W Grzmięcy [albo w Grzmięcej] trafiamy na smażalnię ryb. Otwartą! Naszej radości może dorównać jedynie zawód po informacji, że ryb nie ma, bo pani dopiero szykuje się do sezonu, a otwiera jutro. Nie ma ryb, pocieszamy się żubrami.

Za Grzmięcą droga na Bachotek nie dość, że zamknięta przez leśnictwo, to jeszcze zorana przez zrywkę drzewa. Takiego piachu to obaj nie lubimy pod kołami.

Po chwili brnięcia w piasku, skręcamy nad brzeg jeziora Strażym, gdzie biegnie pieszy szlak. Wygląda on o niebo lepiej od drogi... przynajmniej na razie.

fot. Piotr Zwierzyński.

Fragmenty prowadzone przeplatają się z fragmentami jezdnymi.

W pewnym momencie szlak wchodzi w ścianę zarośli.

Tu kończy się jazda i kolejne... kurczę nie wiem... sto dwadzieścia kilometrów[?] przedzieramy się przez krzadyl. No dobra, zmierzyłem. To było tylko pięćset metrów, ale dało nam w kość. Wątpię, żeby ktoś z takim sakwojażem tędy je... szedł. Mijamy po drodze miejsce, w którym miała być grobla przez bagno między jeziorami Strażym i Skrzynka i biegnący tą groblą żółty szlak pieszy. Wydaje się, że tak grobla, jak i szlak, a co za tym idzie mapa, jest już historią.

          

fot. Piotr Zwierzyński.                                                                                                                     

Ujrzawszy przed sobą koniec krzadyla i wysoki las, odetchnęliśmy z ulgą.

Krótki postój na znajdującej się nieopodal polanie, poświęcamy usunięciu pnączy, które zaatakowały nasze napędy.

Z brzegu jeziora Skrzynka dostrzegam cypel półwyspu, na który zmierzamy.


Na półwysep o długości niemal dwóch kilometrów wprowadza nas wygodna droga, która z czasem przeistacza się w ścieżkę, by chwilami niknąć w chaszczach. Mimo to udaje nam się przejechać trzy czwarte półwyspu. Następnie zostawiamy rowery przy drzewie i dalej pieszo.

Po kilkudziesięciu metrach dostrzegamy cel naszej przeprawy. Widzimy wyraźny wał, fosę i wypiętrzenie majdanu. To grodzisko.

Wspominałem już wczoraj, że ta część ziemi chełmińskiej nosi ślady wpływów tak polskich, jak i pruskich. Niedaleka Drwęca była prawdopodobnie granicą polskiej ziemi chełmińskiej i pruskiej ziemi Sasinów. Jednak granice we wczesnym średniowieczu nie były stałe ani trwałe, a stosunki międzynarodowe nie polegały na wyrażaniu głębokiego zaniepokojenia, tylko na napadaniu, grabieniu, paleniu, gwałceniu i zabijaniu.

Jednak grodu, do którego resztek dotarliśmy, nie wznieśli ani Polacy, ani Prusowie. Twierdzę tę zbudowali w pierwszej połowie XIII wieku Krzyżacy, którzy na wezwanie Konrada I już w latach 30-tych zaczęli opanowywać ziemię chełmińską. Rycerze zakonni, z dużym wsparciem wojsk polskich i pomorskich zdobywali kolejne grody pruskie i w ich miejscu zakładali swoje twierdze, a nierzadko później i miasta. W momencie rozpoczęcia inwazji krzyżacko-polskiej na terytorium pruskie, na długim, znakomicie chronionym przez samą przyrodę, półwyspie na jeziorze Strażym, funkcjonował gród pruski. Co ciekawe, jest to jedna z niewielu sytuacji, w których gród pruski przetrwał mimo założenia w tej samej lokalizacji grodu przez rycerzy Zakonu. Dziś możemy oglądać dwa sztuczne wypiętrzenia terenu odległe o kilkadziesiąt metrów w przestrzeni i o kilkaset lat w czasie. Na samym cyplu grodzisko Prusów, i bliżej ku nasadzie półwyspu grodzisko Krzyżaków.

Kilkadziesiąt metrów dalej oczom moim ukazuje się wypiętrzenie pamiętające pewnie IX-X wiek. To konstrukcja do XIII wieku wykorzystywana zapewne naprzemian przez Polaków i Prusów.

Starsze grodzisko od strony cypla widoczne jest znacznie lepiej.

Spaceruję wałem grodu...

...próbując uwidocznić na zdjęciu majdan.

Po chwili wracam do XIII wieku. Gród krzyżacki stanowi większe wypiętrzenie.

Znaleziony na majdanie artefakt wydaje się być zbyt dobrze zachowany, jak na kilkaset leżenia w ziemi. Poza tym już na pierwszy rzut oka widać w jego konstrukcji bardziej wpływy chińskie niż krzyżackie.

Schodzę do fosy południowo-wschodniej...

...i wspinam się na wał od strony nasady półwyspu.

Starałem się obejść wały obu grodów tak, by gps narysował mi ich kontur. Wprawdzie roślinność trochę przeszkadzała pozostawiając na skórze pamiątki, ale efekt można zobaczyć powiększając mapę wycieczki.

Tradycyjnie zamieszczam widok okolic grodziska na cieniowanej mapie Geoportalu [niesamowity widok].

Od razu rzuca się w oczy nieregularny kształt wczesnośredniowiecznego grodu pruskiego i kontrastujący z nim geometryczny kształt konstrukcji krzyżackiej.

Koniecznie muszę wrócić tu zimą. I to najlepiej bezśnieżną. Tymczasem odkrywam jeszcze coś. W Geoportalu to dość słabo widać, ale przed grodem krzyżackim [czyli w kierunku nasady półwyspu] znajduje się płaskowyż równo odcięty od strony północno wschodniej. Wydaje się, że to sztuczna konstrukcja. Być może było tu podgrodzie i osada.

Dzięki cieniowanym mapom można wiele odkryć. Cofnijmy się jeszcze ku nasadzie rzekomego półwyspu. I co stwierdzamy? To jest wyspa! Wyspa połączona z lądem przy pomocy grobli.

Emocje powoli opadają i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że żołądki przyrastają nam do kręgosłupów. Ruszamy na Bachotek z nadzieją na sklep, a jeszcze lepiej bar. Głośno marzymy, licytując się nazwami dań. Co do jednego jesteśmy jednak zgodni. Najlepiej, żeby nam podano i po nas pozmywano. Dlatego: BAR!

Okazuje się jednak, że Bachotek to ośrodek wypoczynkowy, stanica PTTK i chyba nic więcej. Zjeżdżamy do PTTK. Jest stołówka pełna dzieciaków z kolonii. Pytamy o możliwość napełnienia żołądków i dostajemy dwudaniowy obiad, w tym upragnioną RYBĘ!

Później powoli, bo z pełnymi żołądkami wleczemy się ku Brodnicy. W Tamie Brodzkiej przyspieszamy. W końcu to droga krajowa 15. Nie to, żeby to było zobowiązujące. Po prostu chcemy mieć to jak najszybciej za sobą. Już wolę piach!

Brodnica to dla mnie objazd miasta, a dla Piotra, któremu wystarczył rzut oka podczas szukania sklepu, drzemka.

Zamek krzyżacki


Ratusz


Kościół pw. św. Katarzyny



Spichlerz


Pałac Anny Wazówny.


Wieża zamkowa z parku Anny Wazówny.


Rycerz.


Mury.

I tu przy okazji taka ciekawostka. Dwa w jednym kadrze. Wbijasz do samolotu i: „Za tamtym białym dużym, tylko, żeby się nie zorientował”.

Podczas objazdu trafiam na klasztor franciszkanów. Trudno mi jakoś ciekawie zdjąć kościół św. Franciszka. Obok stoi na tablica o treści „Miejsce pamięci”. Cóż. Trzeba obejrzeć.

Zsiadam z roweru, wchodzę na cmentarz i znajduję. Świeże kwiaty wskazują, że nadal nie brakuje brodniczan wdzięcznych gierojam sowieckom.

Odkrywam też ciut lepszy widok na kościół.

Po powrocie do parku im. Jana Pawła II zastaję taki oto widok.

Głośno, zmienionym głosem mówię: „Dzień dobry!”, wyobrażając sobie zrywającego się na równe nogi kolegę. Nic z tych rzeczy. Piotr odwraca się z otwartym jednym okiem i: „To se, kurde, pospałem”. Okazuje się, że przez cały czas mojej nieobecności [ponad godzinę] miał towarzystwo bardzo rozmownego starszego pana, który opuścił go tuż przed moim przybyciem. I siestę diabli wzięli.

Zastanawiamy się nad mapą, w jakim kierunku opuścić miasto. Rozważamy południe, ale ostatecznie wybór pada na zachód. Będziemy kierować się ogólnie ku Radzyniowi Chełmińskiemu. Na mapie wypatrujemy jezioro Chojno i decydujemy, że tam spróbujemy poszukać noclegu.

Rezygnujemy, czy też zapominamy o zaopatrzeniu w Brodnicy. Za miastem stwierdzamy, że jeszcze kilka wsi przed nami i na pewno w którejś będzie sklep. Jedziemy w bliskim sąsiedztwie Drwęcy. Po drodze stajemy przed dylematem. Wygodny asfalt skręca na Szabdę. Krótsza, ale piaskowa droga wiedzie przez Mszano. Wybieramy drugą opcję, co już wkrótce potwierdzi regułę, że skróty bywają czasem dłuższe.

Okazuje się, że w Mszanie nie ma sklepu. Pytamy spotkaną kobietę, chyba mszankę, o najbliższy sklep i ta kieruje nas do Niewierza, twierdząc, że jest tam sklep otwarty do późna.

Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do wspomnianego Niewierza i sklep jest, tyle, że zamknięty na głucho. Nie wierzę. My bez jedzenia i bez wody, a żołądki już się domagają napełnienia. W Chojnie nie spodziewam się sklepu. Od mieszkańca Niewierza dowiaduję się, że najbliższy otwarty sklep jest w Szabdzie. Znów nie wierzę. Odpuściliśmy Szabdę, a tam był jedyny otwarty sklep w okolicy. Podejmuję więc niełatwą decyzję o szybkim wypadzie po zakupy. Jadę do Szabdy krajową piętnastką, robię zakupy i dokładając dychę do dziennego dystansu, wracam ponownie przez Mszano.

Piotr w tym czasie czeka przy kapliczce i pomniku upamiętniającym urodzonego tu Józefa Wybickiego, doktora Józefa Wybickiego, Starostę Krajowego Pomorskiego, a prywatnie potomka twórcy naszego hymnu.

Dojechawszy ponownie do Niewierza, przecinam, już z Piotrem drogę krajową i jedziemy na Chojno. Przecinamy tę niewielką wieś, w której faktycznie nie ma sklepu i zjeżdżamy nad jezioro Chojno. Miejsce przypomina mi trochę Melinę Bezrybnego.

Miejsce na noc znajdujemy tuż przed zachodem słońca.

Nie trzeba być synoptykiem, żeby domyślać się, że tej nocy prawdopodobnie nie będzie padać. Kluczem w tej tezie jest słowo „prawdopodobnie”. Tak, czy inaczej, dziś druga noc pod gwiazdami. Tym razem, z braku odpowiednich drzew, nie w hamaku, lecz na trawie.

Mycie, jedzenie... Pierwszy raz zasypiam około dziesiątej. Jednak o północy, niezmąconą dotychczas, ciszę nocy przerywa wiatr szumiący w koronach pobliskich drzew. Czyżby zmiana pogody? Otwieram oczy, a przede mną Łabędź. Piękny. Z rozpostartymi skrzydłami. Leci na południe.

Wstaję, by uwiecznić na zdjęciu Łabędzia, zwanego też Krzyżem Północy. Poza nim w kadr łapią się jeszcze Lutnia, Strzała, Orzeł i Delfin. Tyle, jeśli chodzi o najbardziej charaktertstyczne konstelacje tej części nieba.

Gwiazd tysiące wioną w noc milczącą,
Ktoś tam, widząc z gwiazdy, gwiazdę spadającą,
Powie wpółśpiący: jakiś tam świat diabli wzięli.
I uśnie, marząc o nieśmiertelności.

Długo jeszcze kontempluję piękno rozgwieżdżonego nieba. Wreszcie zasypiam pod czujnym okiem obcych astronomów.

Do jutra.




DZIEŃ TRZECI




KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI