naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. CYKLE Z BICYKLEM
  5. KONTAKT
  6. DOBRE STRONY ROWERU

23 MAJA 2017

POWIŚLE

PODRÓŻ TA NIECHAJ ZAWSZE TRWA

Tęskno mi już było za dłuższym, całodziennym pokręceniem. Wolny dzień wyskoczył mi nagle i wielkiego planowania nie było. Pierwotnie miała być jazda zupełnie bez planu. Ot, taka jazda dla samej jazdy. Po prostu chciałem poczuć tę wolność płynącą z jazdy na Kole. Poczuć przyjemność przeniesienia się przy pomocy roweru w inne miejsce.

Wybór padł na Powiśle. Bardzo szeroko rozumiane Powiśle. Byłem tu już nie raz, niekoniecznie dlatego, że lubię wracać w strony, które znam, ale dlatego, że warto tu wracać po wielokroć. Sztuczna jednostka terytorialna zwana Powiślem, obejmująca w rzeczywistości kilka różnych krain, jest bowiem tak rozległa i urozmaicona, że na dokładne jej poznanie należałoby poświęcić wiele wyjazdów. Dziś zamierzam dotknąć południowych rubieży dawnej krainy pruskiego plemienia Pomezan.

Jako taki plan w postaci kilku zaledwie punktów pojawił się jednak i oto, jak wprowadziłem go w życie.


 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: Paweł, Piotry Dwa oraz gościnnie - Zbyszek;
  • Dystans: 80 km;
  • Trasa: Iława - Wikielec - Stradomno - Laseczno - Gulb - Szwarcenowo - Trupel - Kisielice - Limża - Pławty Wielkie - Grodziec - Trumiejki - Klasztorek - Międzylesie - Trumiejki - Pilichowo - Kołodzieje - Prabuty;
  • Mapa:

Wyruszamy z Gdańska pociągiem „Motława” o 0530. Są ze mną: znany Ci już zapewne z poprzednich relacji Piotr oraz nieznany Ci, a i przeze mnie dopiero co poznany... Piotr. Dla ułatwienia, choć w punktu widzenia czytelnika to pewnie ma małe znaczenie, będę ich nazywał po carsku kolejno Piotrem Pierwszym i Piotrem Drugim.

Jedziemy przez zielono żółtą szachownicę powiślańskich pól poprzetykaną tu i ówdzie wiatrakami. Pociąg zatrzymuje się tylko na większych stacjach, więc dojazd mija szybko.

Wysiadamy na stacji Iława Miasto. Nie, żeby Iława Główna nie była godna naszej wizyty. Wręcz przeciwnie, podjedziemy i tam, ale rowerami. Tymczasem wjeżdżamy mostem na teren średniowiecznej Ylavii rozlokowanej na półwyspie między jeziorami Jeziorak [po lewej], Jeziorak Mały [po prawej] i rzeką Iławką [daleko w głębi].

Iławę znam w zasadzie tylko od strony wody. Kiedyś co roku żeglowaliśmy rodzinnie po Jezioraku. Byłem tu kilka razy, ale nigdy nie zszedłem z pomostu na ląd.

Początki miasta sięgają wczesnego średniowiecza, jednak dziś Stare Miasto to głównie bloki. Substancji zabytkowej pozbawili Iławę „wyzwoliciele” w 45-tym. Darujemy sobie zwiedzanie. Mamy w planie zobaczyć kilka obiektów poza centrum średniowiecznego miasta położonego strategicznie między trzema wodami. Przecinamy zatem miasto ścieżką rowerową wzdłuż Drogi Krajowej nr 16 i zatrzymujemy się dopiero nad rzeką Iławką, a właściwie nad kanałem zasilanym wodą z Iławki. Wzrok nasz przykuwa duża ceglana budowla.

Jesteśmy w miejscu, w którym już od początku XIV wieku funkcjonował młyn. Został on zbudowany przez Krzyżaków. Co ciekawe, najpierw zbudowali oni młyn, a później przekopali do niego kanał [odgałęzienie Iławki]. Obecny budynek młyna, niemający oczywiście z Krzyżakami nic wspólnego, no może oprócz fundamentów, wzniesiono na przełomie XIX i XX wieku. W latach 30-tych XX wieku przerobiono go na młyn elektryczny, natomiast nieużywany kanał zaczął zarastać.

Objeżdżamy łukiem cmentarz komunalny i ogródki działkowe i lądujemy przy dworcu Iława Główna [a nie pisałem?!]. Piękny budynek dworca, szczególnie wnętrze. Kilka zdjęć popełnił tu Piotr Pierwszy, więc później może coś wrzucę. Tymczasem ja skupiam się na dwóch spośród czterech znajdujących się w Iławie wież ciśnień. Te dwa piękne obiekty dzieli ponad pół wieku. Okrągła powstała w 1915 roku, jej sąsiadka zaś w 1971. Dostęp do wież jest utrudniony. Jedyny sensowny widok, jaki znalazłem, jest ze schodów dworca.

Piotr Drugi jeszcze fotografuje parowóz i ruszamy ku drugiej dziś, najstarszej iławskiej wieży. Docieramy do niej różnymi drogami, ale górujący nad miastem obiekt nie pozwala się zgubić. Piękny budynek wzniesiony na początku XX wieku na sztucznym pagórku ma 27 metrów wysokości i około 10m średnicy u podstawy. Wewnątrz wzdłuż ścian ulokowane są jednobiegowe żeliwne schody.

Wieża tak mi się podoba, że zdejmuję ją również bez pierwiastka ludzkiego.

Nie wiem dlaczego, najlepszy moment każdej mojej podróży jest zawsze w chwili, gdy opuszczam miasto z którego startuję. Jakoś tak czuję, że to jest właściwy początek Drogi. Wtedy właśnie ogarnia mnie to podniecenie. Na pewno znasz to uczucie, kiedy wszystko jeszcze przed Tobą. Nie wiesz, co się wydarzy. Wsiądź na rower. Znajdź się, gdzie chcesz i radość czuj. Świat wzdłuż i wszerz jest twój.

Opuszczamy Iławę, kierując się do leżącej na zachód wsi Wikielec. Dostrzegam jeszcze z daleka czwartą iławską wieżę ciśnień wybudowaną w 1942 roku przy dworcu towarowym. Za sprawą ponad 45 metrowej wysokości widać ją zapewne z wielu punktów miasta.

Do Wikielca jedziemy przez las. Las żyje. Las gra. Las śpiewa. Wokół drzew krząta się ptaków rzesza. Wieś mijamy. Zatrzymujemy się dopiero w Stradomnie przy funkcjonującej kuźni. Kowalowi, który, widząc nas przerwał pracę, oznajmiamy, że przybyliśmy podkuć rumaki.

Kuźnia stoi przy krajowej 16-ce. Nie lubimy takich dróg. O nie! Ale mały ruch i brak zakazu jazdy rowerem [choć tylko w kierunku zachodnim] skłania nas do zmiany planu objeżdżania drogą przez Nejdyki i do opuszczenia Stradomna właśnie krajówką. W tym momencie Piotr Drugi włącza kamerę, jednak film z moimi plecami i ich przyległościami w roli głównej, nie jest aż tak atrakcyjny, by go tu pokazać. Ograniczę się do trzech stopklatek.

Fot. Piotr Drugi

Mi, jak zwykle w takich sytuacjach włącza się piąty bieg. Piotr Drugi z kamerą cały czas siedzi mi na ogonie, jak paparazzi celebrycie. Natomiast po dłuższej chwili orientujemy się, że zostawiliśmy Piotra Pierwszego daleko w tyle. Czekamy.

Fot. Piotr Drugi

Pojawiające się jednak co chwilę tiry przypominają mi, za co nie lubię dróg krajowych. Laseczno w zasadzie mijamy i dopiero półtora kilometra dalej skręcamy w lewo nad jezioro, które w zależności od mapy, czy opisu nosi nazwę: Mózgowskie, Gulbińskie lub Jędrychowo Małe [na mapie Google jest nienazwane]. Po chwili asfalt ustępuje żużlowi,...

Fot. Piotr Drugi

...który doprowadza nas do stóp wysokiego wzgórka, nazywanego często w literaturze grodziskiem, a będącego, jak już głosi tabliczka informacyjna na miejscu, starożytnym kopcem strażniczym. [czy aby na pewno starożytnym?, może miało być średniowiecznym?]

Fot. Piotr Drugi

Ten pięciometrowej wysokości obiekt znajdujący się na krawędzi jeziora ma kształt kopca o średnicy 30 metrów przy podstawie i 10 metrów na szczycie. Na górnym plateau znajdował się rodzaj majdanu o średnicy 4 metrów i głębokości zaledwie 30 centymetrów.

O tym, że nie było to grodzisko może świadczyć niewielki rozmiar oraz brak fosy. Badania wykopaliskowe wprawdzie wykazują istnienie wokół kopca rowu o głębokości 1,5 metra, ale dowodzą również bardzo krótkiego okresu między jego wykopaniem, a uzupełnieniem go materiałem z otoczenia. To wskazuje, że rów, powstały z pozyskiwania materiału na kopiec krótko potem zasypano. Dzięki tym badaniom więc wiemy, że obiekt nie miał pełnić funkcji obronnej, lecz strażniczą, bądź obserwacyjno-sygnalizacyjną.

Czy warto było jechać 6 kilometrów razem z tirami drogą krajową, by to ujrzeć? Każdy z nas sam sobie to w milczeniu rozważa. Ja nie żałuję. Pierwszy raz mam okazję oglądać tego rodzaju obiekt. Niestety droga, którą dotarliśmy tu od 16-tki kończy się ślepo. Dalej tylko ogrodzone tereny prywatne. Musimy więc wrócić do asfaltu i cofnąć się krajówką półtora kilometra do Laseczna. Tam skręcamy na Gulb. Nie wiem czemu śmieszy mnie ta nazwa. Przyszło mi do głowy, że powstała dla upamiętnienia ostatnich słów tonącego.

Za Gulbiem... Gulbią... Za wsią Gulb odbijamy na chwilę w kierunku Wielkiej Wólki, by w pobliskim lasku poszukać pozostałości średniowiecznego [XII-XIII w.] grodziska. Koledzy zostają na drodze, a ja chwilę kluczę po porośniętym drzewami terenie. Wiadomo, że tu gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Po chwili widzę miejscami wyższe ode mnie wypiętrzenie terenu. To tu!

Grodzisko ma bardzo ciekawą konstrukcję. Wały o zewnętrznej wysokości do 3 metrów, otoczone z trzech stron fosą o głębokości około metra, są dość dobrze czytelne w terenie. W dotychczas spotykanych przeze mnie grodziskach majdan był obniżony względem korony wałów, ewentualnie z centralnym wzniesieniem, jak w kraterach uderzeniowych. Tutaj niemalże prostokątny majdan o wymiarach około 80 na 60 metrów znajduje się na wysokości korony wałów, przez co całość wygląda, jak wyniesiona ponad teren platforma.

Przez wszechwładną roślinność, trudno o jakieś konkretne ujęcia, które oddałyby to, co widać w terenie. Należałoby tu wrócić zimą, lub wczesną wiosną. Dalej jedziemy droga gruntową...

...z widokiem na niepozorne i zalesione dziś wzgórze grodowe...

...w kierunku Szwarcenowa.


Fot. Piotr Drugi

W Szwarcenowie, którego nazwa [już zupełnie poważnie] przywodzi mi na myśl [choć nie wiem, czy słusznie] założyciela Iławy - komtura krzyżackiego Sieghonda von Schwarzburga, oglądamy piękny drewniany XVIII-wieczny kościółek św. Mikołaja.

Pobyt w Szwarcenowie zamykamy klamrą dwóch zdjęć z tablicami.

Krótki przystanek na mostku nad wpływającą do pobliskiego jeziora Osą, Piotrowie spędzają na grze w misie-patysie.

Jednak już po chwili jedziemy wśród jaskrawo żółtych pól, szukając miejsca godnego posiłku. Ja przez chwilę nieco z tyłu w samotności odkrywam pejzaże chwil i miejsc.

Znajdujemy miejsce godne gastropauzy około kilometra za mostkiem na Osie. Tym sposobem spożywamy większe co nieco nad ładnym jeziorem o mało romantycznej nazwie Trupel.

Posilamy się kurczakiem, kanapkami, kabanosami, jajkami na twardo i ogórkami małosolnymi. Później hop szklankę piwa! A po skończonej biesiadzie ja szukam kadrów, Piotr Drugi - pola, a Piotr Pierwszy drogi na Ostrołękę.

Po ponad godzinnej posiadówie [pisałem, że nie spieszy nam się dzisiaj?], ruszamy ku nieodległej wsi o tej samej, co jezioro, nazwie.

We wsi, którą mieszkańcy chcieliby przemianować na Tręplin, odwiedzamy cmentarz. Jest to stary cmentarz założony na planie liścia lipy. Kształt ten wyznaczają 100-130 letnie lipy i dęby. Leżą tu przedstawiciele rodów: Polentz, Hindenburg oraz Albers.

Porzuciwszy rowery przy zachowanych słupach bramy, ruszamy pieszo do położonej w głębi cmentarza neogotyckiej kaplicy wzniesionej w 1850 roku.

Kilka zdjęć, jednej z ładniejszych odwiedzonych przeze mnie kaplic cmentarnych.




CZĘŚĆ DRUGA




KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI