naKole

MÓJ JEST TEN KAWAŁEK DROGI

  1. WYCIECZKI
  2. LATA
  3. LISTA TRAS
  4. MIEJSCA
  5. CYKLE Z BICYKLEM
  6. FILM
  7. KONTAKT
  8. BIBLIOGRAFIA
  9. DSR

05 KWIETNIA 2019

MAZURY  ♦  ZIEMIA LUBAWSKA

NA ZAJĘCZEJ ZIEMI

SASINIA - WIOSNA 2019

DZIEŃ 1/4

Moja podróż przez dawne terytorium pruskiego plemienia Sasinów trwa w pewnym sensie już od roku. Rozpoczęła się w kwietniu 2018 roku, ale zanim się dobrze rozkręciłem musiałem ją przerwać. Dziś, piątego kwietnia 2019 roku, wracam zdeterminowany, by dokończyć, co zacząłem.

Głównym celem jest odnalezienie pruskich śladów. Te ślady to w zasadzie wyłącznie relikty dawnych grodów, miejsca po świętych gajach oraz domniemane głazy ofiarne. Przede wszystkim jednak chodzi o kontakt z tą ziemią oraz poczucie ducha jej dawnych panów. Przy okazji zamierzam poobcować z przyrodą, pofotografować i pobiwakować. Czyli nasycić się tym, czego tak brakuje w codzienności.


 INFORMACJE 
  • Uczestnicy: Paweł;
  • Dystans: 53 km;
  • Trasa: Iława - Dziarny - Ławice - Papiernia - Raczek - Kazanice - Rożental - Grabowo - Wałdyki - Lubstyn - Lubstynek - Glaznoty - Zakurzewo - Wiśniewo - Zajączki - Wysoka Wieś;
  • Mapa:

Pierwszy etap wycieczki to przejazd pociągiem z Gdańska do Iławy i stamtąd rowerem nad Drwęcę, za którą rozpościera się Ziemia Sasinów. Ten właśnie etap miał miejsce rok temu. Dziś również wystartowałem z Iławy, ale, w przeciwieństwie do zeszłorocznej szwendaczki, zamierzam zrealizować szybki tranzyt do miejsca, gdzie przerwałem poprzednio.

Przejazd nad Drwęcę nieco modyfikuję. Po pierwsze, nie chcę jechać tą samą drogą. Po drugie. Ma to być naprawdę szybki tranzyt do Sasinii.

Swoją zeszłoroczną trasę spotykam na chwilę na moście w okolicy osady Papiernia.

Drwęca - średniowieczna granica żywiołów: pruskiego i słowiańskiego. Oczywiście nie na całej swej długości. Gdzieś w tej okolicy, być może u ujścia Iławki, kilometr na południe stąd, Drwęca wypływała z pruskiej ziemi i od tego miejsca nurt jej stanowił granicę między Polską, a Prusami [konkretnie Sasinią].

Istnieje pogląd, że ziemia Prusów nie dzieliła się na żadne krainy plemienne, że podział ten wprowadzili dopiero Krzyżacy podczas podboju. Wszak bodajże pierwszym, który podał nazwy pruskich krain plemiennych był krzyżacki kronikarz - Piotr z Dusburga, a miało to miejsce około 100 lat po podboju. Ponadto niektórzy historycy uważają, że nigdzie za wyjątkiem dolnej Wisły granice etniczne, czy administracyjne nie pokrywały się z rzekami, a rolę granic pełniły pasma leśne i bagienne. Wiadomo jednak, że ziemia chełmińska, należąca do państwa Piastów od początku jego istnienia, a wcześniej przez kilka wieków leżąca w strefie wpływów plemion kujawskich i mazowieckich, rozciągała się między Wisłą, Drwęcą, a Osą, Rzeki te, siłą rzeczy, stanowiły więc jej granice. Za Osą była pruska Pomezania, za Drwęcą zaś - Sasinia. Tak, czy inaczej - Prusy.

Co ciekawe, wiele źródeł podaje, że we wczesnym średniowieczu ziemie na zachód od Drwęcy również należały do Sasinów, co dodatkowo potwierdza cześć dostępnych map, według których wschodnią granicą ziemi chełmińskiej była rzeka Lutryna. Z drugiej strony w XIII wieku do polskiej ziemi chełmińskiej zaliczano ziemię lubawską, a więc tereny na wschód od Drwęcy.

Przypuszczalnie więc Drwęca była, niestałą wprawdzie, ale jednak granicą, a w szerokim pasie przygranicznym okresowo przenikały się wpływy obu stron.

Spacerując nad rzeką spotykam jednego z jej mieszkańców.

Nie bacząc na wszelkie wątpliwości odnośnie zasięgu Ziemi Sasinów, czy w ogóle istnienia krain plemiennych przed podbojem, musiałem na potrzeby niniejszej wycieczki, wyznaczyć jakieś granice, których będę się trzymał. I tak, na podstawie kilku starych map oraz wielu opisów, jako Ziemię Sasinów określiłem tereny ograniczone Drwęcą od zachodu i północy, Pasłęką i rzeką Omulew od wschodu, oraz rzekami Orzyc, Działdówka, Wkra i Brynica od południa. I to jest właśnie moje pole działania na najbliższe dni, a pierwszym obiektem, jaki zamierzam odwiedzić na tej ziemi jest miejsce symboliczne. Miejsce, w którego nazwie upamiętnione jest imię dawnych panów tych ziem. To wieś Zajączki i Sassenpile - położony nieopodal, jeden z najpotężniejszych grodów sasińskich. Po drodze jednak minę kilka ciekawych miejsc, a także zatrzymam się na krótką retrospekcję z pierwszego podejścia do Sasinii.

Granice Sasinii.

Rok temu nocowałem nieopodal, u ujścia wspomnianej Iławki do Drwęcy. Ładne miejsce biwakowe dla kajakarzy. Jednak nie polecam noclegu w tym miejscu w dni powszednie. Po drugiej stronie Drwęcy znajduje się bowiem zakład górniczy Kazanice, o czym wtedy nie wiedziałem. A niewiedzę tę przypłaciłem słabo przespaną nocą.

Następnego dnia kierowałem się stąd przez Byszwałd w stronę Lip pod Lubawą. Dziś wybieram drogę na Rożental. Decyzję tę nagradza widok pięknego, XVIII-wiecznego, drewnianego kościoła p.w. św. Wawrzyńca.

Ten, otoczony murem z małymi basztami na rogach, kościół jest otwarty, co nieczęsto się zdarza. Mimo rusztowań, można obejrzeć piękne wnętrze. Jak by powiedział Maksymilian Paradys, późne rokokoko.

Następnie przez Grabowo i wieś Wałdyki, której niemiecka nazwa brzmi swojsko Waldeck, ponownie wracam na swoją zeszłoroczną trasę w Lubstynie.

Malownicze, choć okaleczone drzewo od zeszłego roku straciło ostatnie gałęzie.

Okolice Lubstyna. 09 kwietnia 2018.

Zatrzymuję się w Lubstynku przy kolejnym drzewnym kikucie i przy głazach zwanych Strażnikami Krajobrazu. W tym miejscu przerwałem zeszłoroczne spotkanie z Sasinią.

Tu wtrącę kilka zdjęć z tamtej niedokończonej wycieczki.

Radomno. 09 kwietnia 2018.


Gdzieś w drodze. 09 kwietnia 2018.


Nocleg u ujścia Iławki. 09 kwietnia 2018.


Świt. Drwęca. Po lewej ujście Iławki. 10 kwietnia 2018.


Poranna herbatka u ujścia Iławki. 10 kwietnia 2018.


Początek dnia u ujścia Iławki. 10 kwietnia 2018.


Początek dnia u ujścia Iławki. 10 kwietnia 2018.


Kilka godzin później. Pożegnanie z Sasinią. 10 kwietnia 2018.

W przeciwieństwie do poprzedniego, na kolejnym zdjęciu pełne nadziei spojrzenie w sasiński interior.

Pod starym wiaduktem wjeżdżam do wsi Glaznoty.

Pierwsze, co oglądam to pięknie położony na wzgórzu kościół, którego historia sięga bodajże początku XV wieku i stary ewangelicki cmentarz.




Nieopodal kościoła zbudowany jest z głazów krąg wspólnoty kultur, w którego centrum stoi pruska baba, a właściwie scalony wizerunek dwóch bab z Bratiana oraz z Prątnicy. O samych babach opowiem więcej przy okazji wizyty właśnie w Prątnicy, co nastąpi raczej pod koniec tej podróży.



Praktycznie w każdej mojej wycieczce obecny jest wątek kolejowy. Nie inaczej będzie dziś. Kilkakrotnie odwiedzę linię kolejową Samborowo - Turza Wielka. Pod jednym wiaduktem już przejeżdżałem, teraz odwiedzam drugi, większy, trzyprzęsłowy.

Linia Samborowo - Turza Wielka oddana do eksploatacji w październiku 1910 roku, była skrótem długiego połączenia z Ostródy do Działdowa. Jest wyjątkowa przez swoją historię oraz z uwagi na topografię terenu, przez który przebiega.

Kilkadziesiąt stopni w górę.

Dotychczasowe linie wschodniopruskie wykorzystywały naturalne doliny rzek. Nowa musiała przeciąć w poprzek dział wodny Wzgórz Dylewskich, co wymagało rozwiązania problemu przewyższenia ponad 100 metrów na niewielkim dystansie. Udało się to wykonać ogromnym nakładem pracy poprzez wybudowanie wielu nasypów i mostów.

Rumak czeka na dole.

Linia niestety długo nie służyła w swoim pierwotnym kształcie. Znaczy niestety... Z polskiego punktu widzenia „stety”. Po zakończeniu Wielkiej Wojny i odzyskaniu przez Polskę niepodległości, ustanowiony został nowy układ granic w Europie. Linia kolejowa została podzielona granicą między Polską, a Prusami Wschodnimi na północ od Uzdowa. Od tego momentu do wybuchu Drugiej Wojny funkcjonowała, jako dwie linie: niemiecka na odcinku Bergfriede - Bergling [Samborowo - Brzeźno] i polska na odcinku Uzdowo - Turza Wielka. Odcinek przygraniczny został rozebrany przez Niemców. Po wojnie niemiecką część linii rozebrali Rosjanie, natomiast odcinek polski jeszcze przez ponad 20 lat służył mieszkańcom, a w ostatnich latach żwirowni.

Widok wzdłuż toru w kierunku Dąbrówna.

Dziś wspomnieniem po tej nieczynnej już całkowicie linii kolejowej są budynki dworcowe, nasypy, mosty oraz wiadukty, takie, jak ten, najokazalszy z nich.

Widok na wieś Glaznoty.

Jeszcze kilka razy odwiedzę tę linię kolejową. Teraz przez chwilę będę jechał wzdłuż niej, a także mniej więcej wzdłuż Gizeli - niewielkiej rzeczki, stanowiącej granicę ziemi lubawskiej i Mazur. W przeszłości jej nurt napędzał dwa okoliczne młyny. Południowy młyn należał do Glaznot. Dziś jest tam prywatne siedlisko i zachowany staw młyński. Północny, istniejący już w 1539 roku należał do Albrechta Fincka właściciela dóbr w Zajączkach. Reliktu tego młyna poszukam za chwilę u podnóża Sassenpile.

Pod kolejnym, trzecim już dziś, wiaduktem...

...wyjeżdżam na łąki, za którymi znajduje się wielkie grodzisko, czego krajobraz absolutnie na razie nie zdradza.

Po chwili jestem ponownie nad samą Gizelą, a w lesie przed sobą widzę już strome stoki Sassenpile.

Zanim jednak zacznę się wspinać, odnajduję stare, kamienne fundamenty budynku młyna zajączkowskiego [Hassenberger Mühle].


Pierwsze bliższe spojrzenie na zbocze grodziska i już wiem, że od tej strony z rowerem i bagażami go nie zdobędę. Zdjęcie tego oczywiście nie odda, ale stromizna jest konkretna.

Ruszam ścieżką, która, mam nadzieję, łagodniej doprowadzi mnie pod szczyt. No ale muszę prowadzić. Bez bagażu spokojnie bym wjechał. Jednak grodziska to nie jest najłatwiejszy przedmiot turystyki krajoznawczej w wydaniu sakwiarskim. Ale jest wspaniale i taki drobiazg nie może tego zakłócić.

Na ostatnim odcinku zostawiam rower w młodych brzózkach i do widocznego już szczytu grodziska wędruję tylko z aparatem.

Z tej strony grodzisko nie prezentuje się jakoś specjalnie majestatycznie. Ot górka na skraju lasu. Jednak od strony rzeki nie chciałbym go zdobywać. Tym bardziej pod ostrzałem.

Wspinam się na ozdobiony przylaszczkami południowy wał grodziska.

Po chwili oczom moim ukazuje się niecka majdanu okolona wysokimi wałami...

...z charakterystycznym obniżeniem w części zachodniej, wskazującym na to, że w czasach funkcjonowania grodu była tu brama.

W grodzie w drewnianej warowni na stałe zamieszkiwali możni, jednak w obliczu agresji z zewnątrz gród stanowił refugium dla całej okolicznej ludności, która zamieszkiwała głównie w osadzie znajdującej się na południowy zachód stąd. Okoliczne pola do dziś kryją wiele śladów rozległych osiedli.

Właśnie ta funkcja refugialna mogłaby sugerować, że bez grodów Prusowie byliby bezbronni. Nic bardziej błędnego. To nie grody były bowiem najmocniejszą tarczą Prus, lecz nieprzebyte knieje, jeziora i bagna.

Gal Anonim, opisując dwie wyprawy Bolesława Krzywoustego na Sasinię, użył takich słów: „z lodu na jeziorach i bagnach korzystając, jakby z mostu, bo nie ma do owego kraju innego dostępu, jak tylko przez jeziora i bagna, wkroczył tedy do Prus, kraju dość dzikiego, skąd, szukając, a nie znajdując sposobności do walki, powrócił z obfitym łupem, wznieciwszy pożary i wziąwszy jeńców”.

Krzywousty wyprawiał się na Prusów co najmniej trzykrotnie. Jednakże ani dwie pierwsze wyprawy z lat 1107 i 1108, ani kolejna z roku 1111 nie przyniosły oczekiwanego skutku w postaci spektakularnego zwycięstwa. Po ciężkich przeprawach, polskie wojska zaniechały dalszego podboju i wraz z nadchodzącą wiosną, jeszcze przed rozmarznięciem ziemi, wycofały się w granice Polski.

Podbój Prus był trudny z kilku powodów. Po pierwsze trudny teren, po drugie brak konkretnej armii, którą można by rozgromić, co zaakcentowałoby, że podbój się dokonał oraz brak władcy pokroju króla, który mógłby poddać krainę najeźdźcom. Poza tym książę Bolesław nieporównywalnie bardziej skupiony był na interwencjach na Pomorzu, które, po 20 latach starań, udało mu się podbić dopiero w 1119 roku.

Co ciekawe, znalazłem informację, jakoby Krzywousty podczas swych wypraw dotarł aż w okolice dzisiejszej Ostródy. Oznaczałoby to, że przebył całą ziemię Sasinów z południa na północ i z powrotem. Aby sobie uzmysłowić, jakie to było wyzwanie trzeba sobie wyobrazić ponad 300 tysięcy hektarów ziemi pociętej rynnami jezior i rzek, porośniętych gęstym lasem i usianych terenami podmokłymi. Do tego żadnych dróg, tylko ukryte i zamaskowane w gąszczu ścieżki pruskie. No i zima. Konkretna zima, bo tylko po całkowitym zamarznięciu wód i bagien, ziemia ta jako tako nadawała się do przebycia.

Osada przygrodowa znajdowała się koło 200 metrów na południowy-zachód od grodu. To, co dziś można tam „odkryć” to fundamenty XVIII wiecznej wsi Zakurzewo, powstałej prawdopodobnie w miejscu wspomnianej osady.

Jak wcześniej wspomniałem, upamiętnieniem imienia dawnych panów tej ziemi jest również nazwa niedalekiej wioski - Zajączki. Należy się zdanie wyjaśnienia. Dlaczego Zajączki? Otóż pruskie słowo sasin oznaczało zająca. Lud zamieszkujący te tereny nazywał siebie sasins, czyli zające. Stąd Zajęcza Ziemia, Zajączki, ale i dawniejsze Hassenberg i jeszcze starsze - Sassenpile.

W drodze do Zajączków zatrzymuje mnie jeszcze widok na dolinę nieco uregulowanej tutaj Gizeli. W głębi, lekko na prawo od środka kadru, widać wzgórze, na którym zlokalizowany był gród Sassenpile. Ponownie [trzeci raz] przekraczam rzekę i reszta dzisiejszej wycieczki odbywa się na Mazurach.

Same Zajączki, nie zaskakują mnie w zasadzie niczym wyjątkowym. Oglądam tak zwany płaczący kamień na terenie dawnego folwarku, późniejszego PGR-u, a dziś słabo pilnowanej posesji prywatnej.

Na północ od wsi, przy wiadukcie na znanej już mi i Tobie linii kolejowej odnajduję spory głaz, który w czasach Prusów mógłby być świętym,... gdyby nie to, że prawdopodobnie został wydobyty spod ziemi dopiero podczas budowy linii kolejowej.

Opuszczając wieś w kierunku południowym oglądam, nie zsiadając z roweru, pozostałości po stacji kolejowej Hassenberg.

Jak wspominałem przy młynie, w roku 1539 majątek Hassenberg był w posiadaniu Albrechta Fincka. Majątek bardzo długo pozostawał w rękach rodziny Finck von Finckenstein i dopiero w II połowie XVIII wieku właściciel się zmienił. W początku XX wieku wieś stała się własnością przybyłej z Pomorza rodziny Kramer. W pewnym okresie współwłaścicielem jej był Willy Kramer - starosta ostródzki. I właśnie nadszedł czas, by odwiedzić pana starostę i jego rodzinę.

To co mnie niebywale zaskoczyło, to porządek na tym starym cmentarzyku. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, a widziałem dużo starych cmentarzy. Wprawdzie nie pomyślałem, żeby spojrzeć na daty i napisy widniejące na nagrobkach, ale sądzę, że większość z nich to stare groby dawnych mieszkańców Hassenberg.

W głębi znajduje się kaplica rodziny Kramerów.

Błogosławieni są umarli, którzy zmarli w Bogu.

Słońce już nisko. Postanawiam powoli rozglądać się za miejscem na nocleg. Wyznaczam sobie kurs leśną drogą biegnącą w przecince dokładnie do miejsca, gdzie według mapy znajduje się tak zwany Głaz Ofiarny.

Kilkunastominutowe poszukiwanie głazu na skraju lasu nie przynosi efektu. Dziwne! To najbardziej znany głaz tej okolicy. Musi być jakaś wskazówka, jakaś ścieżka. Niestety. Jedyne, co znajduję to tablice „W krainie Sassenpile” wskazujące na drogę, którą tu przybyłem oraz na krzaki. Niepocieszony ruszam do Wysokiej Wsi. Jeszcze tylko sklep i poszukiwanie dwóch drzew, na których mógłbym przebujać tę noc.

Wcześniej napisałem, że Zajączki mnie niczym nie zaskoczyły. Skłamałem. Zaskoczyły mnie brakiem sklepu. Znów skłamałem. Sklep jest, ale wygląda, jakby był zamknięty od lat 80 ubiegłego wieku. Wiem, że w Glaznotach, przez które przejeżdżałem niedawno, również nie ma sklepu. Po dojechaniu do Wysokiej Wsi okazuje się, że tu... także nie ma sklepu. Dostawszy dwa litry wody od mieszkańca Wysokiej Wsi, wjeżdżam na Górę Dylewską. Biorąc pod uwagę, że jest to najwyższe wzniesienie Polski północno wschodniej, wjazd nie jest jakiś spektakularny. Nawet zadyszki nie dostałem. A może to zasługa mojej niesamowitej kondycji? Tak to na pewno to! Zatrzymuję się pod wieżą widokową.

Przystanek pod wieżą, przeobraża się szybko w nocleg na Dachu Sasinii. A kto bogatemu zabroni? Zwykle najpierw organizuję spanie, potem jedzenie, jednak tym razem jest odwrotnie z uwagi na ewentualnych gości na wieży. Może i nikt nie zabroni [regulamin korzystania z wieży nie zabrania], ale im mniej wtajemniczonych, tym lepiej. Silny wiatr powoduje, że gotowanie musi odbyć się po zawietrznej niewielkiego głazu, co sprawia, że głaz ów jest dla mnie, może nie święty, ale bardzo ważny.

Po posiłku wiję sobie legowisko. Był pomysł, żeby spać w hamaku obok wieży, ale okazało się, że na najwyższym poziomie wieży otulonym koronami drzew, mniej wieje. Nie jest to może to, co było założeniem tej wycieczki, żeby nocować na dziko, ale jest przygoda, a nie ma co się trzymać sztywnych ram i założeń.

Na zakończenie dnia czeka mnie jeszcze uczta dla oka w postaci zachodu słońca.

Wieki temu pewien Prus stał na tej świętej górze tak, jak ja dziś, i patrzył na powoli chowającą się za horyzont tarczę słońca. Dla mnie to wspaniałe zjawisko, piękny widok, cudowne zakończenie dnia. Dla niego to był przedmiot kultu. On bowiem żył w czasach, kiedy słońce było bogiem.

Do jutra.




DZIEŃ DRUGI




KATEGORIA: REGION

BORY TUCHOLSKIE  /  DOLINA DOLNEJ WISŁY  /  GDAŃSK  /  KASZUBY  /  KOCIEWIE  /  KOSMOS  /  MAZURY  /  POWIŚLE  /  SUWALSZCZYZNA  /  WARMIA  /  WYSOCZYZNA ELBLĄSKA  /  ZIEMIA CHEŁMIŃSKA  /  ZIEMIA LUBAWSKA  /  ŻUŁAWY

2009 -

PRZESTRZEŃ I CZAS NA KOLE PRZEMIERZA PAWEŁ BUCZKOWSKI